Same sobie strzelamy samobója

Same sobie strzelamy samobója

W polskim kinie kobiety sobie nie pomagają i to jest fakt

Kinga Dębska – reżyserka i scenarzystka

Dopiero co w kinach oglądaliśmy „Plan B”, a już kończysz kolejny film – „Zabawa, zabawa”. To chyba uzależnienie – od pracy czy od kina?
– Bez przesady. Właśnie wróciłam z prawie miesięcznej podróży po Azji i śmiało mogę powiedzieć, że świat kręci się nie tylko wokół kina i wokół Polski. Po kilku tygodniach kompletnego oderwania się jestem tego pewna.

Ale kino też nas odrywa od codzienności, daje od niej oddech, zapomnienie, tak samo jak podróże.
– Żeby zmienić coś w głowie, potrzeba więcej czasu, a filmy trwają półtorej czy dwie godziny, to trochę za krótko. Choć z pewnością dla mnie robienie filmów jest także autoterapią.

To może trzeba oglądać więcej filmów…
– …albo kręcić dłuższe. Były takie eksperymenty, które zmuszały odbiorcę do zanurzenia się na wiele godzin w sztukę. W teatrze Krystian Lupa jest mistrzem tej metody, ale również w kinie takie eksperymenty pojawiają się coraz częściej. Twórcy czują, że widzom potrzebna jest zmiana, mają świadomość, że jest ona motorem kreatywności, pozwala odczepić się od siebie, z czym mamy potworny problem. Mam wrażenie, że za bardzo jesteśmy skupieni na sobie. Kiedy przygotowywałam się do filmu „Zabawa, zabawa”, o kobietach, które mają problem z alkoholem, czytałam „Rehab” Wiktora Osiatyńskiego, w którym autor daje alkoholikom, ale nie tylko, fantastyczną radę: „Trzeba rano wstać, zrobić sobie przedziałek i się od siebie odpierdolić”.

To dość trudne w czasach, kiedy wszystko, co robimy, jest traktowane jako deklaracja polityczna, nie można już być poza.
– To prawda. Wszystkie nasze działania są ostatnio oceniane przez pryzmat tego, czy staje się po tej, czy po tamtej stronie. To wszystko nabiera niefajnego sensu. Każda nasza aktywność jest odbierana jako deklaracja. Dlatego mam problem z aktywnością w życiu społecznym. Mam wrażenie, że robię się wręcz aspołeczna.

Ale zostałaś jurorką w konkursie Nespresso Talents na najlepszy film trzyminutowy, który wspiera inicjatywę społeczną, bo tematem jest The Difference She Makes, czyli sytuacja i rola kobiet.
– To jest świetna inicjatywa z wielu względów i nie ma w niej żadnej polityki. Kiedy mi zaproponowano funkcję ambasadora konkursu, byłam sceptycznie nastawiona, ale potem pomyślałam, że to nawet fajne wyzwanie, zwłaszcza że zarówno filmy z poprzednich edycji, jak i sama organizacja konkursu są na bardzo wysokim poziomie.

Co cię przekonało?
– Po pierwsze, jest to akcja promująca kobiety, nie tylko w kinie, a takie akcje zawsze warto wspierać. Po drugie, żeby zrobić trzyminutowy film, nie trzeba mieć wielkiego budżetu, więc ten konkurs jest dla każdego. Mamy do czynienia z poważnym międzynarodowym konkursem, w którego jury zasiada m.in. Vincent Perez. Ambasadorami tego projektu w Polsce oprócz mnie są Łukasz Maciejewski i Karolina Korwin-Piotrowska. Wiele elementów powoduje, że ten konkurs jest wyjątkowy, ale przede wszystkim bardzo aktualna i ważna jest idea wspierania kobiet.

Miniona ceremonia wręczenia Oscarów pokazała, że może nawet być przebrzmiała, bo poza Frances McDormand nikt z nagrodzonych nie zabrał głosu w tej sprawie, jakby walka aktorek z dyskryminacją ze względu na płeć już się zakończyła.
– Ona jeszcze bardzo długo się nie skończy. Czuję się feministką, czyli osobą, która uważa, że kobiety powinny mieć pełne prawo do samorealizacji i wyboru. Wspieram w tej walce kobiety, ale moje poglądy są dość niemodne, bo uważam, że często największym wrogiem kobiet są one same. Rzeczywistość jest skomplikowana, nic nie jest czarno-białe. Akcja #metoo też jest w pewien sposób uproszczeniem zjawiska mobbingu i molestowania kobiet. Choć bardzo dobrze, że ona jest, że zaczęło się o tym otwarcie mówić. Kiedy wszyscy producenci odmówili wsparcia produkcji serialu „Wielkie kłamstewka”, Reese Witherspoon zwróciła się do koleżanek. One pomogły. Powstał świetny serial o kobietach, zrobiony przez kobiety, które nie walczyły ze sobą, tylko zjednoczyły się w imię idei. Ale obawiam się, że taki przykład kobiecej solidarności to wyjątek.

Reese Witherspoon, Nicole Kidman i Laura Dern, które stoją za tym projektem, są już w branży wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie ma innego wyjścia.
– Ich wiek i doświadczenie są ważne. Akcja #metoo zupełnie co innego znaczy dla 20-latek, a co innego dla 40-latek, które już niejedno przeżyły i niejedno widziały. One potrafią przewidzieć pewne sytuacje, wiedzą, co może oznaczać to, że producent umawia się na spotkanie w pokoju hotelowym. To, w jaki sposób kobieta zachowa się w takiej sytuacji, jest jej indywidualnym wyborem. I nie nam to oceniać. Choć śmieszne wydają się sytuacje, kiedy kobiety przypominają sobie o tym po 20 latach. Ale nie chciałabym generalizować ani upraszczać, bo każdy przypadek jest inny.

Kobiety z twojego pokolenia też dostawały takie propozycje?
– Oczywiście, że tak. Tylko nikomu nie przyszło do głowy, żeby to nagłaśniać. Po prostu na coś można się zgadzać albo nie. Jestem jak najdalsza od oceniania tego, czy ktoś poszedł z kimś do łóżka dla osobistych korzyści, czy nie. Faceci chodzą do łóżka z kobietami i kobiety też tak mogą robić, jeśli zechcą. To zależy od osobowości, mentalności, wrażliwości czy klasy. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu brakuje kompasu, ale nie możemy stać na straży młodszych koleżanek i kolegów i mówić im: „Nie idź tam!” albo: „Uważaj na niego!”. To są wszystko indywidualne wybory.

To ciekawe, co mówisz, zwłaszcza że twoja córka Marysia jest aktorką. Znając kulisy tego zawodu, nie chciałaś jej skierować na inną drogę?
– To, że ktoś jest aktorką, nie znaczy, że ma od razu być ofiarą molestowania. Nie przestaniemy latać samolotami z obawy, że może się wydarzyć katastrofa. Marysia jest już dojrzałą osobą. Skończyła szkołę muzyczną, potem pierwszy rok akademii, gra na fortepianie, ale stwierdziła, że chce spróbować sił w aktorstwie. W domu naturalną koleją rzeczy dużo się rozmawiało o pracy, więc Marysia jest zaszczepiona przeciwko różnym pułapkom, które czyhają na młode, piękne aktorki. W szkole filmowej odnalazła się jak ryba w wodzie. Uważam, że aktorstwo to trudny zawód i często niewdzięczny, szczególnie dla kobiety. Ten zawód nie daje żadnej pewności ani gwarancji, że będzie się miało z czego żyć. Może dać fortunę, ale trudno na to liczyć. A aktorzy chcą grać, jest im to potrzebne jak oddychanie.

Właśnie tę chęć grania producenci i reżyserzy wykorzystują jako słabość, bo nie zawsze przecież mamią ofiary wielkimi pieniędzmi czy karierą.
– Zgadzam się, ale jednocześnie buntuję się przeciwko upraszczaniu sprawy i skupianiu się na tym, jacy to mężczyźni są źli. Potrzebujemy zdrowego rozsądku i trzeźwego spojrzenia, bo hasła to jedno, a rzeczywistość – drugie. W polskim kinie kobiety sobie nie pomagają i to jest fakt. Krystyna Janda powiedziała kiedyś, że w teatrze też tak jest. Moim zdaniem dzieje się tak, ponieważ nie umiemy współpracować, jesteśmy zbyt egoistyczne. Ja staram się na planie otaczać kobietami, w „Zabawie, zabawie” było ich chyba więcej niż mężczyzn. I było świetnie. W Azji zobaczyłam, że kobiety prowadzą przedsiębiorstwa, mając dzieci w kołyskach obok siebie. Gdyby przełożyć tamtą rzeczywistość na świat filmowy, byłoby dużo fajniej, tylko że tu chodzi o ogromne pieniądze, a pieniądze mają faceci. I oni chętnie tych pieniędzy nie oddadzą. Kino robione przez kobiety jest zazwyczaj niskobudżetowe. Nasze filmy kosztują mniej. Ale to wszystko powoli zmienia się na lepsze.

W naszym kraju jest jednak bardzo dużo młodych producentek filmowych. Polska wręcz przoduje pod tym względem. Myślisz, że to przyśpieszy zmiany?
– Mam nadzieję, że dzięki temu mężczyźni będą oddawać większą część tego tortu niż obecnie. Młode producentki są mądre, wykształcone, znają języki. Mają jednak problem z układami, nie potrafią przez nie się przebić. Ale znam producentki, które się nie poddają i systematycznie, powoli wytupują sobie ścieżki. Nie robią filmów wysokobudżetowych, bo cudów nie ma, ale dają realną nadzieję na zmianę krajobrazu producenckiego. Jest za to mnóstwo kobiet, którym do sukcesu brakuje tego, by ktoś im zaufał.

Naprawdę płeć odgrywa tak dużą rolę w tej kwestii? Producenci nie ufają kobietom?
– Widziałam, jak mojemu mężowi, który jest producentem, trudno było zdobyć pieniądze na reżyserowane przeze mnie „Moje córki krowy”. Myślę, że również dlatego, że jestem kobietą. Może po ostatnich dobrych wynikach w kinach jest nieco łatwiej, ale to wciąż wyzwanie. Był taki eksperyment: studentka złożyła scenariusz pod męskim nazwiskiem i odbiór był zupełnie inny, o wiele przychylniejszy, niż gdy podpisała się jako kobieta. Dwa lata temu byłam w Austrii na forum dotyczącym kobiet w kinie. Dowiedziałam się tam, że tylko 14% europejskiego budżetu filmowego trafia w ręce kobiet. Dotacje dostaje ponad 50% kobiet, ale potem te filmy nie są realizowane, bo kobiety mają problem z domknięciem budżetów. Chodzi o to, by przekonać inwestorów do inwestowania. Ktoś musi uwierzyć w nasz projekt. Kobiety są w tym słabsze. Mniej w siebie wierzą. Mimo że w Europie więcej studentek niż studentów kończy szkoły filmowe, więcej pieniędzy dostają mężczyźni. Pod tym kątem kobiety są na pewno wciąż dyskryminowane, tak samo jak pod kątem zarobkowym. Mam poczucie, że gdybym była facetem, zarabiałabym znacznie lepiej.

Sama doświadczyłaś takiej dyskryminacji?
– Tyle lat spędziłam w serialach – czego się nie wstydzę – i czasem w pracy słyszałam seksistowskie uwagi w rodzaju: „No tak, tak, ale ty jednak jesteś kobietą” albo: „No ale ty masz te swoje hormony”. Słyszałam je nie tylko od mężczyzn, ale i od kobiet. Same sobie strzelamy samobója, nie dajemy sobie szansy, nie stajemy za sobą, naprawdę bardzo mocno i wytrwale musimy walczyć, by mówić swoim głosem. Niektórym z nas to się udało, choćby Agnieszce Holland. Bycie kobietą w tej branży wymaga z jednej strony pancerza, żeby zrobić swoje, ale – z drugiej – umiejętności pozostania sobą. Jesteśmy w przededniu zdrowego porozumienia, może od Hollywood ono się zacznie.

Czy to, że kobiety powtarzają seksistowskie uwagi, bierze się stąd, że naśladują mężczyzn? W ten sposób próbują być im równe?
– Większość kobiet w branży telewizyjnej pracuje pod kierownictwem mężczyzn i przyjmuje ich przekaz za swój, nie zastanawiając się, jaki to ma wpływ na inne kobiety. Reżyser to ktoś, kto do końca nie jest komukolwiek poddany. Ma pewną autonomię, robi film czy serial po swojemu. Ja rządzę na planie czy w montażowni. Ale nie zawsze to jest bezproblemowe. Żyjemy w kulturze, w której do niedawna naszą główną rolą było rodzenie i wychowywanie dzieci. Chodzi o to, żebyśmy, nie porzucając starych ról, mogły wykonywać również nowe.

Jak reagujesz na pomysły, by dzielić dofinansowania w jakimś stosunku ze względu na płeć? Wtedy określona część pieniędzy trafiałaby tylko w ręce kobiet.
– Wolę, żeby pieniądze dostawały lepsze projekty, bez względu na płeć autora. Ta męsko-damska walka źle wróży. W życiu i w filmie musimy współistnieć. Jesteśmy na tej samej planecie, w kraju, mieście, kawiarni, łóżku czy mieszkaniu. Jeśli będziemy nasilać podziały, tylko wzmożemy bezsensowną walkę. Parytet procentowy w przyznawaniu dofinansowań może się skończyć tym, że złe filmy będą dostawać pieniądze tylko dlatego, że są robione przez kobiety. A to jedynie utwierdzi przeciwników w przekonaniu, że nie zasłużyły na nie. Powinnyśmy więc wspierać się już na etapie przygotowania projektu. Róbmy swoje, róbmy filmy, które nam w duszy grają. Odejdźmy od poprawnych politycznie regulacji.

One mają się świetnie zwłaszcza w Hollywood. Wspomniana Reese Witherspoon mówiła mi, że dziś problemem aktorek jest to, że przez wzgląd na poprawność polityczną nie oferuje się im ról bohaterek negatywnych. To dotyczy zresztą także gejów, Afroamerykanów czy muzułmanów, których scenarzyści boją się przedstawiać negatywnie.
– Polityczne ustawianie ruguje naturalność. Sztuka jest tam, gdzie nie ma planowania, wykoncypowania. Prawdziwie kreatywni producenci pozwolą reżyserowi zrobić film po swojemu. W Hollywood blokuje taką wolność polityczna poprawność, a u nas wciąż pokutujące stereotypy. Ja w każdym razie temu się nie poddaję i stawiam na historie z dużą liczbą kobiet. Bardzo kręci mnie też teraz kino historyczne i zamierzam zrobić taki film po swojemu. I bycie kobietą mi w tym nie przeszkodzi.


Kinga Dębska – ur. w 1969 r. Jest absolwentką reżyserii filmowej praskiej FAMU i japonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Ma na koncie kilkanaście nagradzanych filmów dokumentalnych, ostatni to „Aktorka” o Elżbiecie Czyżewskiej. Za debiut fabularny „Hel” dostała nagrodę za najlepszy scenariusz na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. „Moje córki krowy” i „Plan B” nagradzano na festiwalach w kraju i za granicą. Na premierę czeka „Zabawa, zabawa”. Dębska jest jurorką w konkursie Nespresso Talents na najlepszy krótkometrażowy film o tematyce kobiecej, w którym nagrodą jest m.in. wyjazd na festiwal w Cannes.

Wydanie: 15/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy