Nieświęta walka na Świętym Krzyżu

Nieświęta walka na Świętym Krzyżu

Żeby zakon oblatów mógł dostać część budynku na Świętym Krzyżu, rząd wytnie kawałek parku narodowego

Od 28 lat ojcowie oblaci ze Świętego Krzyża zabiegają o to, by otrzymać zachodnie skrzydło klasztoru i budynek pobliskiego szpitalika, które są własnością Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Sprawa się przeciąga, bo kolejni dyrektorzy parku nie zamierzali brać na siebie decyzji o oddaniu sporego majątku. Obecny dyrektor jest jednak bardzo przychylny oblatom. Podobnie rząd. Rada Ministrów przygotowała projekt rozporządzenia, według którego teren, na którym jest posadowiony klasztor, a na dokładkę pięciohektarowy plac przylegający do zachodniego skrzydła klasztoru, również będący własnością Świętokrzyskiego Parku Narodowego, zostaną wyjęte z granic parku. Wtedy państwo, bo dobra staną się własnością skarbu państwa, będzie mogło je odsprzedać oblatom za dowolną kwotę. Może za 1% wartości. Albo i mniej.

Tylko list

Superiorem klasztoru, czyli przełożonym, jest o. Marian Puchała. Jeszcze nie wiem o tym, że faktycznie klasztorem rządzi o. Zygfryd Wiecha, któremu skończyła się w ubiegłym roku kadencja superiora i został ekonomem. Miejscowi żartują, że w klasztorze jest jak w Rosji, gdzie Putin i Miedwiediew wymieniają się stanowiskami. Proszę o. Mariana o spotkanie i rozmowę na temat rozporządzenia Rady Ministrów. Ojciec wykręca się, twierdzi, że to sprawa między ministrem środowiska a Świętokrzyskim Parkiem Narodowym, a zakon nie jest stroną. Ripostuję, że rozporządzenie powstaje z myślą o oblatach właśnie, więc w pewnym sensie jednak są stroną. Zgadza się na rozmowę.

Wjeżdżam samochodem aż do samego klasztoru, bo mam status gościa oblatów – jak zapewnił mnie o. Marian. Tuż za bramą Świętokrzyskiego Parku Narodowego pojawia się gęsta mgła. Na Łysej Górze, gdzie stoi klasztor, nie ma jeszcze ludzi. Turyści i pielgrzymi zjawią się dopiero przed dziewiątą. Zaczepiam oblata w podkoszulku. Twierdzi, że o. Marian o umówionej porze, czyli o dziewiątej, wyjdzie z klauzury i mnie odnajdzie. Nie wychodzi. W informacji pytam o furtę. Kobieta wypytuje, kim jestem. Potem wręcza białą kopertę od o. Mariana, z odręcznie napisaną informacją: „Oświadczenie klasztoru opublikowane w KAI”. Nie ma żadnego „przepraszam” czy „bardzo mi przykro”. Widocznie pokonanie ponad 200 km, aby się z nim spotkać, nie robi na zakonniku wrażenia.

Klasztor kontra bóstwa

Kiedy mówi się o czczonych przez Słowian pogańskich bóstwach, takich jak Świst, Poświst, Łada, Bodo czy Lel, albo o sabatach czarownic, pojawia się nazwa Łysa Góra. Kiedy mówi się o pierwszym na ziemiach polskich klasztorze chrześcijańskim, wtedy pada nazwa Święty Krzyż. Ta sama góra ma dwie nazwy i dwa oblicza. Miejscowi deklarują się jako katolicy, chodzą na msze, chrzczą dzieci, ale prywatnie mówią o tajemniczych podziemnych zbiornikach, dziwnych zjawiskach i o tym, że ta ziemia jeszcze kiedyś zaskoczy.

Jedno z najważniejszych dla pogańskich wierzeń miejsc miało się stać najważniejszym miejscem dla chrześcijaństwa w Polsce. Przeciwwagą dwumetrowej wysokości wału usypanego przez pogan miał się stać kamienny klasztor. Nie wiadomo, kiedy dokładnie przybyli na Łysą Górę benedyktyni i skąd pochodzili. Przekazy w kronikach są sprzeczne. Według jednej z wersji benedyktynów sprowadził do Polski Bolesław Chrobry, który w 1006 r. stworzył na Łysej Górze opactwo. Zdaniem historyków pojawili się oni dopiero w XII w.

Rola tego miejsca znacznie wzrosła, kiedy benedyktyni otrzymali od księcia węgierskiego św. Emeryka, syna króla św. Stefana I, relikwie Krzyża Świętego, czyli drzazgi z krzyża, na którym zmarł Chrystus. Pod koniec XIII w. klasztor został nazwany opactwem Krzyża Świętego i stał się narodowym sanktuarium Polski. Z czasem sanktuarium straciło tę dominującą pozycję na rzecz Częstochowy. Obecnie relikwie Krzyża Świętego znajdują się w kilkunastu polskich kościołach. Mimo to Święty Krzyż nadal jest miejscem szczególnym, które odwiedzają tysiące pielgrzymów.

Swoje najlepsze lata klasztor przeżywał za czasów Jagiellonów, którzy nadali mu wiele przywilejów. Po ponad 800 latach, w 1819 r., klasztor na Świętym Krzyżu za zgodą papieża został skasowany. Polska była wówczas pod zaborami, a te ziemie wchodziły w skład Królestwa Kongresowego. I właśnie Królestwo Kongresowe stało się właścicielem klasztoru. Zakonnicy zostali przeniesieni do innych klasztorów, a każdy otrzymywał od państwa pensję. Po odzyskaniu niepodległości władze polskie stworzyły w zachodnim, młodszym skrzydle klasztoru najcięższe więzienie, jakie funkcjonowało w owym czasie.

Mimo że kościół i pozostałe zabudowania były w opłakanym stanie, zwróciły uwagę Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, które postanowiło stworzyć tam swój klasztor. 2 stycznia 1936 r. przedstawiciele kurii diecezjalnej w Sandomierzu i prowincji oblatów z Poznania zawarli umowę, na mocy której zakonnicy dostali do dyspozycji kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża, relikwie Krzyża Świętego, które wcześniej były w posiadaniu benedyktynów, oraz przylegające do kościoła zabudowania klasztorne. W zachodnim skrzydle nadal funkcjonowało więzienie. W czasie II wojny światowej Niemcy zorganizowali w nim obóz zagłady dla jeńców radzieckich. Pod koniec wojny większość ojców oblatów opuściła klasztor, wrócili po jej zakończeniu. Od razu rozpoczęto remont dachów, z tym że dach nad skrzydłem zachodnim, gdzie mieściło się wcześniej więzienie, wyremontował Wydział Budowlany Województwa Kieleckiego, a o naprawę pozostałych dachów musieli zadbać zakonnicy. Ale przez kilka pierwszych lat nikt formalnie nie zapisał, która część klasztoru jest we władaniu państwa, a która we władaniu oblatów. W końcu władze zdecydowały, że starsze części budynku będą należały do Kościoła, a młodsze, XVII-wieczne, czyli skrzydło zachodnie, przejmie Ministerstwo Leśnictwa. W 1950 r. na obszarze 7,6 tys. ha powstał Świętokrzyski Park Narodowy. W jego granicach, na obszarze ścisłej ochrony, znalazł się Święty Krzyż. I właśnie Świętokrzyski Park Narodowy został użytkownikiem zachodniego skrzydła, gdzie powstało Muzeum Przyrodnicze, oraz niewielkiego budynku szpitalika.

Komisja nie dała

Ojcowie oblaci zawsze łakomym okiem spoglądali na tę część klasztoru. Okazja do zgłoszenia roszczeń pojawiła się po zmianie ustroju, gdy 17 maja 1989 r. Sejm przyjął ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Dawała ona Kościołowi prawo do ubiegania się o zwrot majątku, który został zabrany po II wojnie. Wprawdzie w przypadku oblatów taka sytuacja nie zachodziła, co jednak szkodziło spróbować.

Już 21 maja 1991 r. diecezja sandomierska wystąpiła do Komisji Majątkowej o przekazanie na własność zabudowań pobenedyktyńskich położonych na Świętym Krzyżu. Powołała się na to, że do roku 1884 te nieruchomości stanowiły własność kościelną. Komisja Majątkowa na rozprawie 12 listopada 2002 r. ustaliła, że dwie działki o łącznej powierzchni 3,97 ha diecezja sandomierska nabyła z mocy prawa, czyli przez zasiedzenie. Dlatego diecezja ograniczyła roszczenia do dwóch działek stanowiących własność skarbu państwa, czyli zachodniego skrzydła i szpitalika.

Komisja jednak wniosek diecezji oddaliła. W uzasadnieniu napisano m.in., że „objęte wnioskiem nieruchomości zostały upaństwowione bullą Piusa VII w roku 1819. W okresie międzywojennym próby przepisania prawa własności tych nieruchomości na rzecz Kościoła katolickiego okazały się nieskuteczne”.

Sprawa została więc rozstrzygnięta nie po myśli oblatów. Ale to nie znaczy, że zrezygnowali oni z nieruchomości, zmienili tylko strategię działania. Zaczęły się naciski na polityków, władze w województwie i kolejnych dyrektorów Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak twierdzi miejscowa ludność, niezależnie od tego, kto sprawował władzę, ojcowie oblaci potrafili dość skutecznie wpływać na rządzących. Jedynie dyrektorzy parku narodowego tym naciskom się nie poddawali. Byli zdeterminowani, by chronić dobro narodowe, jakim jest świętokrzyski park.

Bogdan Hajduk, który konkurs na dyrektora parku wygrał w 2005 r., został odwołany przez ministra środowiska Jana Szyszkę już w kwietniu następnego roku. Wszyscy wiedzieli, że prawdziwym powodem odwołania był konflikt z oblatami. Hajduk nie chce wypowiadać się ani na temat ówczesnych stosunków z oblatami, ani na temat obecnych rządowych planów wydzielenia ze Świętokrzyskiego Parku Narodowego 5 ha gruntu. Twierdzi, że pracuje za granicą, nie śledzi tego, co się dzieje wokół parku, ponadto nie chce wracać do przeszłości, bo rok, kiedy był dyrektorem, kosztował go zbyt wiele zdrowia.

Następca Hajduka, Stanisław Huruk, też zdobył stanowisko w drodze konkursu. Wydawało się, że będzie bardziej przychylny planom oblatów, lecz tak się nie stało. Potrafił natomiast być na tyle elastyczny, że nie wchodził w otwarty konflikt z zakonnikami i dotrwał do końca kadencji. Lecz kolejny konkurs w 2011 r. wygrał inny pracownik parku – Wojciech Świątkowski. Jak twierdzą osoby, które go znały, był człowiekiem genialnym i jak każdy geniusz delikatnym. Dlatego przejmował się naciskami polityków i ojców oblatów. Mówi się, że zaczął bardzo nerwowo reagować na dzwonki telefonów, że ze zdenerwowania drżały mu ręce. Niecałe dwa lata po konkursie, w lipcu 2013 r., został znaleziony martwy. Stwierdzono samobójstwo. Choć nie zostawił listu pożegnalnego, miejscowi są przekonani, że załamanie było spowodowane konfliktem z oblatami.

Następcą Świątkowskiego został Piotr Szafraniec. Dyrektorowanie zaczął w grudniu 2013 r., ale w kwietniu 2016 r. został odwołany przez ministra Szyszkę. Czy powinien był się spodziewać zwolnienia, skoro nie przekazał oblatom zachodniego skrzydła i szpitalika? Zapewne tak. Czy ojcowie oblaci chcą teraz powiększyć swój stan posiadania za darmo? – Czy za darmo, tego nie wiem, ale na pewno taniej, niż mogliby to zrobić – mówi Piotr Szafraniec. – Fakt, że chcą powiększyć stan posiadania, to nic nowego. Ale ma się to odbyć w sposób bardzo niebezpieczny dla parku narodowego i to jest dla mnie najważniejsze. Znaleziono sposób, jak do tego doprowadzić, czyli na zasadzie wyłączenia tych gruntów z terenu parku. W rezultacie zostanie wykrojony teren w samym środku ochrony ścisłej, który nie będzie parkiem. Wiem, że oblaci byli częstymi gośćmi w Ministerstwie Środowiska i korzystali z każdej zmiany ministra czy wiceministra, by naciskać na oddanie im tego terenu. Od 1 stycznia 2012 r., kiedy nastąpiła zmiana ustawy o ochronie przyrody, grunty, na których są parki narodowe, znalazły się w dzierżawie wieczystej. Wcześniej były tylko w zarządzie, który można było łatwo wygasić. Oblatom więc trochę się skomplikowała sytuacja prawna. Komisja Majątkowa stwierdziła, że skrzydło zachodnie i szpitalik są własnością skarbu państwa. Klasztor czuje się mocno pokrzywdzony, ale nie wiem, z jakiego powodu. Ja uważałem, że jako dyrektor parku zostałem postawiony na straży majątku narodowego i mam robić wszystko, zgodnie z prawem oczywiście, żeby ten majątek zachować.

Piotr Szafraniec obawia się, że rozwiązanie, które rząd zamierza zastosować w przypadku Świętokrzyskiego Parku Narodowego, stanie się furtką dla wszelkich roszczeń zgłaszanych przez kogokolwiek w stosunku do każdego parku, kiedy jego istnienie będzie niewygodne. – A przecież z całego zasobu leśnego w Polsce jedynie 1% wchodzi w skład parków narodowych – przypomina były dyrektor.

Murem za oblatami

Miejscowi od lat przyglądają się konfliktowi między oblatami a Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Jedni trzymają stronę oblatów, drudzy parku. Jedni mówią: oddać, drudzy: nie oddawać. Jedni opowiadają, że tutejsi są coraz krytyczniej nastawieni do klasztoru, a na tegorocznej procesji Bożego Ciała było znacznie mniej ludzi niż w poprzednich latach. Drudzy, że na mszach są takie tłumy jak kiedyś, a może nawet większe. Że mieszkańcy chrzczą na Świętym Krzyżu dzieci i biorą śluby, choć podobno zawierane tam są nietrwałe. Zwolennicy oblatów mówią pod nazwiskiem, zwolennicy parku anonimowo. Po co się narażać Kościołowi?

Józef Mazur z Huty Szklanej pamięta, jak w 1936 r. oblaci pojawili się na Świętym Krzyżu, miał wtedy 12 lat. W czasie wojny nosił do klasztoru jedzenie. Po wojnie najął się u oblatów do naprawy zniszczonych dachów. – Uważam, że to skrzydło klasztoru i szpitalik powinny należeć do oblatów i powinny być im oddane. Trzeba im dziękować, że zaopiekowali się tym klasztorem, bo to wszystko poszłoby w ruinę i tylko kupa rumowiska by była – mówi zdecydowanie.

Józef Mazur i jego już nieżyjąca żona Marianna wpłacili w 2014 r. pieniądze na odbudowę wieży klasztoru. A osoby, które przeznaczyły na ten cel co najmniej 2 tys. zł, zostały uwiecznione jako dobroczyńcy na marmurowych tabliczkach wewnątrz wieży. Wśród wielu tabliczek są też te upamiętniające datek Ewy i Adama Przygodów z Huty Szklanej i nieżyjącej Zofii i jej męża Czesława z Huty Starej.

– Uważam, że oblaci powinni dostać te zabudowania, czyli zachodnie skrzydło i szpitalik – stwierdza Ewa Przygoda. – Oni teraz wynajmują od parku pomieszczenia dla nowicjatu, bo nie mają miejsca. Benedyktyni dali oblatom ten klasztor, więc bardzo dobrze by było, żeby to było oddane. Park wyremontował część budynku, gdzie jest muzeum, ale część stoi pusta, a oblaci by to zagospodarowali. Ale czy chcą za darmo to dostać, czy za odpłatnością, tego nie wiem.

– Jestem za tym, żeby oddać te zabudowania oblatom, ponieważ to kiedyś było benedyktynów – wyjaśnia swoje stanowisko Czesław Kopacz. – Słyszałem, że prawdopodobnie benedyktynom zabrano zabudowania klasztorne. A potem na miejsce benedyktynów pojawili się oblaci. Myślę, że to było jakieś porozumienie kościelne. Jestem przekonany, że na mocy tego porozumienia właścicielami zabudowań są oblaci, a Świętokrzyski Park Narodowy im to zabrał. Teraz jest szansa, żeby zakonnicy odzyskali te zabudowania. Moim zdaniem większość miejscowych jest tego samego zdania.

Pazerność

Ludzi nastawionych krytycznie do klasztoru można spotkać i w Nowej Słupi, i w miejscowościach po przeciwnej stronie góry, czyli w różnych Hutach. Mariuszowi nie podoba się pazerność ojców. Mówi wprost: pazerność właśnie. Kiedyś było inaczej. Księża żyli w komitywie z miejscowymi. Teraz bardziej niż na sprawach religijnych są skupieni na biznesie. Wykorzystują każdą możliwość zarobku. Zawsze wokół kościołów powstawały nieduże stoiska, z których żyli miejscowi. Tak było też na Świętym Krzyżu. Kiedy jednak w 2009 r. superiorem tutejszego zgromadzenia został o. Zygfryd, wszystko się zmieniło.

Nadal można zarobić na dowozie turystów i pielgrzymów z Huty Szklanej do klasztoru, bo autokary nie mogą wjeżdżać na górę, a samochody osobowe tylko czasem. Oblaci nie dorobili się jeszcze własnych środków transportu. Dlatego w weekendy na Świętym Krzyżu pojawia się z okolicznych miejscowości siedem meleksów, każdy na kilkanaście miejsc. Jeździ też ciuchcia na ponad 50 miejsc.

Kiedyś kwitł okołoklasztorny handel pamiątkami i zabawkami. Żyło z niego kilkanaście miejscowych rodzin. Ale to się nie podobało o. Zygfrydowi, który chciał, żeby oblaci zmonopolizowali cały przyklasztorny handel. Anna słyszała, że któryś z ojców zwyzywał od złodziei ludzi mających przed muzeum swoje stoiska. Kiedyś można było je rozłożyć na gruncie parku. Na wiosnę park organizował ustne przetargi. Jeszcze w 2017 r. 16 stoisk stanęło na dużym rondzie przed Muzeum Przyrodniczym.

Było to nie w smak o. Zygfrydowi, który podobno w ubiegłym roku tak naciskał na dyrekcję parku, że bez podania przyczyny przetarg odwołano. Rodziny, które przez pół roku żyły z tych stoisk, zostały bez pieniędzy. Turyści i pielgrzymi nie ucierpieli, bo oblaci otworzyli własne stoiska z pamiątkami i chińszczyzną. W tym roku park, podobno na żądanie o. Zygfryda, zaoferował handlującym miejsca oddalone od głównej drogi, tak mało atrakcyjne, że na 15 oferowanych wynajęto jedynie siedem.

Anna oburza się na oblatów, bo słyszała o młodej kobiecie, która w zeszłym roku, kiedy odwołano przetarg na miejsca handlowe, w rozpaczy ratowała budżet rodziny, handlując obwarzankami. Choć była w zaawansowanej ciąży i stała z torbą obwarzanków nieopodal muzeum, oblaci i tak ją przeganiali. Annie nie podoba się, że osoby duchowne tak bardzo zabiegają o pieniądze. – Pewnie chcą taki biznes zrobić jak redemptoryści z Torunia – mówi.

Teresę mierzi to, że klasztor cały jest upstrzony miejscami do handlowania: jadłodajnia w podziemiu, dwie kawiarnie w budynku klasztoru, dwa sklepy z dewocjonaliami i pamiątkami, trzy stoiska z wiktuałami przed klasztorem, kuchnia polowa. A mimo że funkcjonuje tam tak wiele punktów gastronomicznych, za toaletę trzeba płacić 1,5 zł.

Andrzej uważa, że oblaci odsunęli się od ludu. W czasie wojny miejscowi przynosili im jedzenie, żeby nie pomarli z głodu. A teraz oni się wywyższają, trzymają tylko z ludźmi wysoko postawionymi, a zwykłych mają za nic. Mówi się, że to nie wojewoda, ale o. Zygfryd ze Świętego Krzyża rządzi w województwie. Skąd ta jego moc i ważność się bierze, tego nikt nie wie. Zdaniem miejscowych za poprzedniej władzy tak było i jest obecnie.

Fot. Ewa Smolińska-Borecka

Wydanie: 27/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy