Rzecz o lewicy

Rzecz o lewicy

Kim byliśmy, kim jesteśmy, pozostańmy

Z grubsza wydaje się, że katalog wartości współczesnej lewicy jest oczywisty. Lewica to działanie na rzecz sprawiedliwości społecznej i walka o egalitarne społeczeństwo. Lewica to walka o postęp (już nie wiara, jak niegdyś, ale w dalszym ciągu walka), rozumiany jako wzrost wolności i równości, także równouprawnienia bez względu na jakiekolwiek różnice, wzrost dobrobytu ekonomicznego i społecznego, rozszerzanie się idei i praktyki przestrzegania praw człowieka, przyrost tolerancji. Lewica to rozdział Kościołów i związków wyznaniowych od państwa oraz działanie na rzecz zapewnienia pełnej wolności światopoglądowej wszystkim obywatelkom i obywatelom. Lewica dzisiaj – nawet jeśli nie zawsze w przeszłości, nie należy temu zaprzeczać – to również przywiązanie do rządów prawa i do rzeczywistego trójpodziału władzy.

Nie jest bliska lewicowości liberalna apoteoza indywidualistycznej wolności oraz formalna, bezemocjonalna koncepcja praworządności i równości wobec prawa. Ideał lewicowy jest bardziej wymagający, jest bowiem wspólnotowy i solidarny. Głosimy dążenie do całej szerszej równości na wielu polach, nie tylko w aspekcie tradycyjnych trzech głównych źródeł nierówności: klasy społecznej, rasy i płci. Słusznie zwracał uwagę Norberto Bobbio, wybitny włoski filozof prawa i historyk myśli politycznej, że ideą równości obejmujemy coraz odważniej także zwierzęta, gdy przyznajemy, że w swojej zdolności do cierpienia są one równe ludziom, i stąd wyprowadzamy koncepcję praw zwierząt. Lewica to solidarność – ta prawdziwa, międzyludzka, pisana przez małe s. Lewica to troska.

W aspekcie gospodarczym naszą, tj. lewicy, narracją winno być odważne odrzucenie fetysza wzrostu gospodarczego jako głównego wskaźnika postępu społecznego. Postęp gospodarczy nie jest tożsamy z postępem społecznym. Miarą postępu niech będzie dla nas powszechna dostępność i wysoka jakość usług publicznych. A więc nie pomnażanie wzrostu samo w sobie jest naszym celem, lecz coraz bardziej sprawiedliwy podział owoców wzrostu gospodarczego. Postępowa jest ochrona naszej planety przed katastrofą klimatyczną, czego nie może zapewnić fetyszyzacja zysku, nieograniczony wzrost produkcji i konsumpcji. Lewica to walka z marnotrawstwem dóbr i pogłębiającą się pierwotną akumulacją kapitału.

W wymiarze społecznym lewica to aktywne społeczeństwo obywatelskie, rozumiane jako społeczeństwo aktywnych obywatelek i obywateli, jako struktura działań, więzi i przekonań na rzecz pomnażania dobra publicznego i dobra społecznego (nie zaś tylko i wyłącznie jako zespół organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i fundacji). Kwintesencją lewicowej narracji o trosce i solidarności jest hasło wznoszone podczas protestów kobiet, trwających od października ub.r.: „Kiedy państwo mnie nie chroni, mojej siostry będę bronić”. W tym haśle jest rdzeń naszego ideału. Rzecz jasna, chcielibyśmy państwa, które będzie nas chronić, a jego organy będą działać na podstawie i w granicach prawa. Skoro jednak tak nie jest, naszym zadaniem jest obrona słabszych, ochrona tych, których prawa i wolności są łamane. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt przywołanego hasła: gdy państwo nie chroni mnie, ja jestem odpowiedzialny za obronę mojej siostry (i brata), nie zaś samego siebie. Jest to radykalne wezwanie do przekroczenia swojego egoizmu, do działania dla innych. Ale jest to też wezwanie do tego, by budować koalicję na rzecz postępu, koalicję wszystkich, których prawa i wolności są łamane. I wszystkich, którzy nie zgadzają się na to, by łamane były prawa i wolności innych. Jest to bliskie postulowanej przez Judith Butler polityce „otwartych koalicji”. Na tej płaszczyźnie mogą się spotkać m.in. osoby dyskryminowane ze względu na płeć, kolor skóry, narodowość, wyznanie lub bezwyznaniowość, osoby LGBT. Na tej płaszczyźnie można również walczyć o dobrobyt społeczno-ekonomiczny osób ubogich, w kryzysie bezdomności, z niepełnosprawnościami czy dyskryminowanych ze względu na wiek. Lewica nie może pod żadnym pozorem dać sobie narzucić narracji, zgodnie z którą „polityka otwartych koalicji” miałaby charakter swoistego „dyktatu mniejszości” wobec większości. Wszyscy na lewicy winniśmy walczyć o równouprawnienie oraz przestrzeganie praw i wolności wszystkich, nie tylko grup czy kategorii, do których sami przynależymy. W ten sposób budujemy społeczeństwo troski i solidarności dzisiaj oraz marzymy o państwie troski i solidarności jutro. Jak mówił Jacek Kuroń w rozmowie „Trzech na jednego” dla „Zdania” w 2002 r., być po stronie lewicy, „to znaczy, że jestem zawsze po stronie słabszych, krzywdzonych, prześladowanych, zawsze będę myślał w kategoriach pojedynczego człowieka”.

Być człowiekiem lewicy to nie godzić się na znieczulicę moralną i na egoizm w życiu społecznym. Przyznajmy, że w „lewicowym uchu” takie stwierdzenia nie brzmią dzisiaj naturalnie. Zdają się, niemal intuicyjnie, wpisywać w wokabularz prawicowych obrońców rodziny i tradycji albo pochodzić z refleksji teoretyków katolickiej nauki społecznej. Tymczasem w tych właśnie stwierdzeniach mieści się rdzeń lewicy. Przyczyną tego intuicyjnego dysonansu jest fakt, że przegraliśmy z prawicą walkę o język. Dotyczy to zarówno sfery ekonomicznej, jak i społecznej, a także historii.

Jako lewica musimy zrobić wszystko, by oczyścić z negatywnych konotacji pojęcia takie jak socjalizm, równość, egalitaryzm, sprawiedliwość społeczna. Musimy też zrobić wszystko, by odebrać prawicy i kręgom kościelnym monopol na pojęcia patriotyzmu, rodziny, narodu, tradycji, podobnie jak na symbole Rzeczypospolitej Polskiej: orła białego, biało-czerwone barwy i „Mazurka Dąbrowskiego”. Oczywiście przez te same pojęcia i symbole będziemy rozumieć nie do końca to samo, co prawica, a częstokroć coś całkowicie odmiennego. Oczywiście jako lewica chcemy, aby sprawiedliwość społeczna i dobrobyt społeczno-ekonomiczny ogarnęły całą „planetę-ludzkość”, ale to przecież nie stoi w sprzeczności z faktem, że jesteśmy Polkami i Polakami (te i ci z nas, które/którzy nimi są) i że chcemy dobra Rzeczypospolitej Polskiej i wszystkich, którzy w niej zamieszkują.

Jak wygrać tę walkę o język? Przede wszystkim lewica musi odważnie te pojęcia stosować i nie dać sobie narzucić „prawicowych” definicji tych słów. Odrzućmy prawicową i kościelną hegemonię kulturową. Konstruujmy własną, lewicową narrację i upowszechniajmy ją w mediach tradycyjnych i elektronicznych, w publikacjach, podczas mniej czy bardziej hermetycznych spotkań dyskusyjnych i konferencji, w trakcie masowych protestów i manifestacji (w przemówieniach i hasłach, tych wykrzykiwanych i na transparentach). Gdy lewica zdobędzie wpływ na oświatę, wielkim zadaniem będzie oczyszczenie programów nauczania z panującego w nich dzisiaj monopolu narodowo-klerykalnej optyki i języka.

Trzeba, aby na rzecz takiego właśnie świata ideału lewicowego działała lewica polityczna. Naiwnym będzie każdy, kto nie będzie zważać na fakt, że polityka jest sztuką osiągania kompromisu – to oczywiste. Nie zwalnia to jednak lewicy politycznej z obowiązku czynienia wszystkiego, co możliwe, aby taki właśnie świat budować i trwać w głoszeniu idei lewicowych. Nawet jeśli zasadniczy podział mentalny w XXI-wiecznej Polsce, a od 2015 r. także podział polityczny, przebiega między populistycznymi antymodernizatorami (bardziej ścisłe wydaje się pojęcie alt-modernizatorzy) a szeroko pojętymi modernizatorami, to lewica nie może dać sobie narzucić – w imię spoistości bloku modernizatorów – „jednolitofrontowej” narracji liberalnej czy chadeckiej. Przykładając termin ukuty przez Judith Butler do opisu polskiej rzeczywistości partyjno-politycznej, trzeba rzec, że „otwarta koalicja” nie wyklucza trwania przy swojej tożsamości. Lewica musi w ramach koalicji demokratycznej pozostać lewicą. Po pierwsze, dlatego że ideały lewicy są naszymi ideałami. Po wtóre, dlatego że nawet jeśli założyć, iż pozostając wierną sobie, lewica być może nie zyska, trzeba zarazem zdecydowanie stwierdzić, że zdradzając siebie, lewica na pewno straci. Jeśli narracja lewicy politycznej upodobni się zanadto do dominującej w koalicji demokratycznej opowieści liberalnej, od partii lewicowych odwróci się ideowy lewicowy elektorat, a ewentualni nowi zwolennicy obozu modernizacji przyłączą się do dominującego stronnictwa liberalnego, nie zaś do lewicy. Pisał niedawno na łamach „Zdania” Maciej Gdula, poseł Wiosny (wszystko wskazuje na to, że już niedługo Nowej Lewicy): „Miejsce Lewicy na scenie politycznej wyznacza dziś pryncypialne stanowisko w kwestii wolności do decydowania o przerywaniu ciąży, równego traktowania księży przez organy ścigania oraz praw osób LGBT+”. Nie ulega wątpliwości, że stanowisko lewicy politycznej w tych sprawach powinno być zdecydowane i jednoznaczne. Bezspornym jest, że kunktatorstwo w tych kwestiach doprowadziłoby lewicę do politycznej klęski. Nie zmienia to jednak faktu, że to zdecydowanie za mało, by lewica była rzeczywiście lewicą. Lewica na swoich sztandarach musi wysoko trzymać hasła, które odróżniają ją nie tylko od rządzących „alt-modernizatorskich” prawicowych populistów, ale także od liberałów. Lewica nie może obiecywać dokładnie tego samego co liberałowie, z dodaniem zastrzeżenia, że zrobi to lepiej.

Sondaż CBOS z marca br. przyniósł wiadomość, że aż 30% Polek i Polaków w wieku od 18 do 24 lat utożsamia się z lewicą. Pośród młodych Polek z poglądami lewicowymi utożsamia się aż 40%. Budzi to ogromną nadzieję na przyszłość. Jest to optymistyczny prognostyk, a zarazem zobowiązanie dla lewicy politycznej. Jest tak, nawet jeżeli należy zachować świadomość, że nie zawsze młodzi ludzie (zresztą nie tylko młodzi) rozumieją pod pojęciem lewicy to, co rzeczywiście jest lewicą.

Lewica w dalszym ciągu powinna być Baumanowską „utopią w działaniu”. Nasza wizja społeczeństwa i państwa powinna być „obrazem świata pożądanego – który nie tyle musi, ile powinien nadejść” (Zygmunt Bauman). Utopijność naszego ideału winna prowadzić do intensyfikacji naszych wysiłków na rzecz jego zrealizowania. Od tego zależy, czy i w jakim stopniu ideał ten nadejdzie. Znów za Baumanem powtórzmy: to, co nas odróżnia od innych współczesnych ideologii politycznych, to przekonanie, że „wspólnota odpowiedzialna jest za los wszystkich swych członków”, oraz głoszenie zasady, że „podobnie jak nośności mostu nie można mierzyć przeciętną wytrzymałością filarów, ale nośnością najsłabszego z nich, nie wolno obliczać jakości społeczeństwa rozmiarami PKB, a więc średnią dochodów, ale sytuacją życiową najsłabszego jego sektora”.

Odkurzmy hymn socjalistów – „Międzynarodówkę”, zwłaszcza słowa jej refrenu, które pozostają nieosiągalnym zadaniem do osiągnięcia: „Bój to będzie ostatni / Krwawy skończy się trud / Gdy związek nasz bratni / Ogarnie ludzki ród”. Ostatnie dwa wersy w oryginalnej wersji francuskiej, autorstwa Eugène’a Pottiera, brzmią: L’Internationale / Sera le genre humain, co można by przetłumaczyć literalnie jako: „Międzynarodówką będzie ludzki ród”. Podkreśla to ponadnarodowy, ogólnoludzki wymiar idei lewicowej. Za żyjącym w II w. p.n.e. Publiuszem Terencjuszem Aferem powiedzmy: Fortes fortuna adiuvat, śmiałym szczęście sprzyja. Lewico, nie obawiaj się być lewicą.


Dr Paweł Sękowski jest adiunktem w Instytucie Historii UJ, prezesem Stowarzyszenia „Kuźnica” i redaktorem naczelnym „Zdania”


Pełna wersja tekstu ukaże się w najbliższym numerze „Zdania” – nr 2/2021. W empikach i sprzedaży elektronicznej na www.sklep.tygodnikprzeglad.pl od ostatniego tygodnia czerwca.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy