Wiedząc tak wiele, nie wiemy niczego

Wiedząc tak wiele, nie wiemy niczego

Nigdy wcześniej w historii świata tak wielka liczba ludzi nie posiadała umiejętności czytania i pisania. Nigdy wcześniej informacja o odległych wydarzeniach nie docierała w najdalsze od nich regiony tak szybko. Nigdy wcześniej ludzkość nie dysponowała tak precyzyjnymi systemami obserwacyjnymi i geolokalizacyjnymi. Nigdy dotąd tak wyrafinowany sprzęt lotniczy nie krążył nad naszymi głowami. Nie jesteśmy w stanie zliczyć stacji telewizyjnych, radiowych, portali internetowych, źródeł w mediach społecznościowych, które 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez chwili wytchnienia i przerwy relacjonują lub może raczej maglują informacje ze świata. A szczególnie te ze strefy wojennej, szczególnie jeśli jest ona w Europie, nawet na jej obrzeżach – jak w przypadku Ukrainy. Ale czy wiemy więcej, rozumiemy lepiej, przyswajamy bardziej? Odpowiedź może być tylko jedna – nie. Absolutnie nie. Realną wartością w cyfrowym wszechświecie jest sam ruch bitów, ich przepływ, udostępnianie, a wszystko w tempie nieogarnialnym przez nas – statystów, żyjących w przekonaniu, że jesteśmy odbiorcami, czytelnikami, widzami. Łudzimy się, że jesteśmy istotami myślącymi, ale jesteśmy tylko końcówkami odbiorczymi, palcami na klawiszach. Klikamy, więc jesteśmy – deklarowałby współczesny Kartezjusz. Nie mamy żadnych szans na ocenę ani selekcję treści i materiałów, które nas bombardują ze wszystkich stron. Starodawne pojęcia takie jak prawda, wiarygodność, racje, argumenty są słowami z odległej galaktyki Gutenberga. Są historią.

Wobec huraganów bitów, udających informacje, które stały się przede wszystkim majątkopędnymi fabrykami niby-treści, jesteśmy bezradni i jako największa w historii grupa ludzi (blisko 8 mld) żyjących w jednym czasie i pod jednym niebem – samotni. Nie czas wskazywać winnych, choć są dobrze znani. Na taki system zapracowaliśmy wszyscy, niektórzy bardziej. Takie są ostateczne konsekwencje zmonetyzowania wszystkiego – z informacją na czele. Informacja, która jest towarem, nie jest już informacją, ma ją tylko przypominać w najogólniejszym zarysie. Ma krążyć, multiplikować się, budzić nasze emocje, i to najlepiej te złe i skrajne: strach, gniew, wściekłość, nienawiść.

Wojna w Ukrainie wciąż nie jest nazywana wojną światową, dawne analogie stają się nieprzydatne. Ale jeśli chodzi o jej wymiar wizualny, informacyjno-dezinformacyjny, to jest oczywiście globalna. Z naszej perspektywy – sąsiada, wspierającego, współczującego i zagrożonego – ta wojna jest dojmująca bardziej i dogłębniej niż choćby ta inna, odległa, w Iraku czy Afganistanie, gdzie przez lata ginęło niepomiernie więcej ludzi, w czym mieliśmy swój polityczny i militarny udział. Ale zgoda na tamtą wojnę była abstrakcyjna, wirtualna, odsunięta w czasie i przestrzeni. Mówiąc brutalnie, tamta wojna była, i jest coraz bardziej, nierealna. Pokolenie 20-latków o niej nawet nie wie, choć nie wypuszcza z dłoni najdoskonalszych urządzeń informacyjnych w historii.

Kluczowym pytaniem jest: czy ktoś wie więcej? Czy z tego, że wie, wynika coś jeszcze? Ale kto to? Wojskowi? Którzy? Amerykańscy? Chińscy? Natowscy? Rosyjscy? Wywiady? Które? Izraelski? Brytyjski? CIA? GRU? Prezydenci? Wicepremierzy? Szefowie rządów?

Kiedyś może się dowiemy, za kilkadziesiąt lat czytając historyczne księgi, jeśli będzie jeszcze zawód historyka i będą książki historyczne.

Odsuwamy od siebie scenariusz konfliktu jądrowego, ale właściwie dlaczego? Kiedy historycy i badacze opisują tło i przebieg prac nad stworzeniem bomby atomowej przez USA w latach 40. ubiegłego wieku, zauważamy, że wiedziano dużo mniej o niej samej. Szef sztabu armii amerykańskiej na dzień przed zaatakowaniem Hiroszimy nie wierzył, że ta bomba w ogóle wybuchnie. Scenariusze pisano na gorąco i nieco przypadkowo, improwizowano. Od tamtego momentu do dzisiaj ludzkość zrzuciła na siebie miliony innych bomb, „dozwolonych”, zakazanych i jeszcze innych. Wypracowała scenariusze ataków, udoskonaliła samoloty, okręty, wyrzutnie, namierzanie, celowanie i zwiększyła moc rażenia. Ale w arsenałach spoczywają dziesiątki tysięcy rakiet z głowicami nuklearnymi. Muszą istnieć scenariusze ich użycia. Są mapy z naniesionymi celami. W latach 80. Polska była na natowskich mapach jako cel. Nie chcemy o tym mówić głośno ani myśleć teraz, ale takie mapy muszą istnieć dzisiaj, na tych mapach są miasta, rejony, kraje. I tylko my, ich mieszkańcy, mieszkanki, jak tamci z Hiroszimy i Nagasaki latem 1945 r., nie mamy o tym pojęcia. Straciliśmy kilkadziesiąt lat iluzorycznego pokoju (bo nie dla wszystkich) na „niezbudowanie” pokoju. Zatrute owoce starożytnej pseudomądrości si vis pacem, para bellum właśnie konsumujemy. Ale chyba nie jest to dla nas zrozumiałe i wiadome, bo za dużo wiemy, nie wiedząc nic.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 13/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy