To gorsze niż błąd

To gorsze niż błąd

W latach 60. minionego wieku opowiadano dowcip o tym, jak na granicy PRL i Czechosłowacji spotykają się pies polski z czeskim. – A czego ty w Polsce szukasz? – dziwi się nasz. – U was są kiełbasy, rąbanka, po mięsie zostaje kości w bród, a u nas? – Ja do was nie po jedzenie – odpowiada czeski. – Ale od czasu do czasu trzeba trochę poszczekać. Do tego samego rodzaju wiców należało wyznanie: – To prawda, że Europa Wschodnia stanowi jeden obóz koncentracyjny, ale nikt nie zaprzeczy, że Polska jest w nim najweselszym barakiem. Ludzie żyjący wówczas, po 1956 r., w krajach Układu Warszawskiego czy, jak kto woli, RWPG doskonale rozumieli realność tych anegdotek. Stopa życiowa w PRL była niższa niż w Czechosłowacji, NRD czy na Węgrzech, za to swobody obywatelskie (wolność sztuki, prasy, nauczania) były bez porównania większe. Rumunia prowadziła względnie niezależną politykę międzynarodową, co opłacała straszliwym uciskiem ideologicznym ludności. Z Polski czy Bułgarii można było niekiedy prywatnie wyjechać na Zachód; Węgrzy i obywatele NRD mogli o tym tylko pomarzyć. Kościół polski był mimo restrykcji potęgą, w Czechosłowacji i na Węgrzech został zepchnięty do ostatecznej defensywy, z kolei w Bułgarii ten problem właściwie nie obchodził rządu. Jak słusznie zauważył prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing, realne ustroje polityczne były tu bardziej zróżnicowane niż na Zachodzie i z rzadka realizowały choćby część tego, co ideologia radziecka poczytywała za komunizm. Dlatego przywykli do precyzji Niemcy (federalni) ukuli termin Realsozialismus, który zresztą też miał parę znaczeń.

Jeszcze wyraźniej niż w przestrzeni widać było ową różnorodność w czasie. Historię Polski realnego socjalizmu podzielić można na co najmniej pięć zdecydowanie odrębnych rozdziałów: terroru stalinowskiego od (tu można się spierać o datę) do 1956 r., stagnacji gomułkowskiej lat 1957-1970, gierkowskich nadziei i ich zawodu 1970-1980, karnawału Solidarności – sierpień 1980-grudzień 1981 i rządów wojskowych 1981-1989. Każdy z nich miał swoje wyróżniki, ale np. po 1956 r. z pewnością nie można już mówić o państwie terroru nawet w przypadku stanu wojennego. Lata władzy Gomułki i Jaruzelskiego charakteryzowały się beznadziejną stagnacją gospodarczą, czego nie da się nijak powiedzieć o pierwszych latach Gierka, a właściwie – paradoksalnie – również o latach 1945-1956, zaznaczonych odbudową zniszczeń wojennych czy włączeniem ziem zachodnich w obieg kultury narodowej. Szkolnictwo podeptane w znacznej mierze, a w każdym razie w niektórych dziedzinach, zyskało wysoki poziom w latach 1957-1968 i ponownie odrodziło się za Gierka. Lata gomułkowskie i początek gierkowskich to słynne na cały świat: polska szkoła filmowa, polska szkoła plakatu. Lata 1972-1981 to okres żywej wymiany stypendialnej z ośrodkami zachodnimi, który przyniósł sławę m.in. polskim astronomom, matematykom, archeologom, konserwatorom zabytków… Z kolei emigracja, całkowicie marginalna za Gierka (w czasach Gomułki dotyczyła przede wszystkim ludności pochodzenia żydowskiego), eksploduje wręcz po 1981. Po 1956 są zmiany na lepsze i na gorsze, trendy korzystne i szkodliwe. Niezaprzeczalne jest jednak, że w tyglu (a raczej tyglach, bo dotyczy to także innych krajów realnego socjalizmu) wciąż wrze, skądś para bucha, jedne rzeczy się zmieniają nagle, drugie powoli ewoluują. Właściwie nie zauważa lub nie chce tego zauważać tylko Zachód.

Pamiętam taki rysunek w „Le Monde”: Charles de Gaulle dopiero co był z wizytą w Kanadzie, gdzie na nacjonalistycznej fali wołał do francuskojęzycznych obywateli prowincji Québec: Vive le Québec libre! (Niech żyje wolny Québec!). Teraz przyjeżdża do PRL. Na ulicach tłumy krzyczą: „Niech żyje wolna Polska!”. De Gaulle przykłada palec do ust i syczy: „Tśśśśś…”. Bo rzeczywiście, raz sklasyfikowano to, co się działo za żelazną kurtyną, i fajnie było. Po co sobie komplikować życie? Że to kłamstwo? I co z tego, skoro dla nas wygodne? A zresztą do Sofii daleko.

Dzisiaj w Rzeczypospolitej à rebours ten kłamliwy nihilizm przejął IPN. To gorzej niż błąd, chciałoby się powiedzieć, parafrazując Talleyranda, to zbrodnia na narodowej historii. Wyrzucenie na śmietnik prawie pół wieku dziejów państwa lub zamazywanie ich homogeniczną czarną farbą, co zresztą na jedno wychodzi, stawianie znaków równości między okupacją hitlerowską i „drugą okupacją”, czyli PRL, jest nie tylko kpiną z rudymentów warsztatu historyka, ale także obelgą dla tych, którzy wtedy Polskę i jej kulturę ofiarnie i z wieloma sukcesami tworzyli. Banałem jest przypominanie o ludziach, którzy wtedy nie dla „komunistów” zyskiwali wykształcenie, leczyli, budowali… Wiem, że to banały, ale czasem wydaje się, że nie ma innej odpowiedzi na tupet i bezczelność kłamstwa. Nie będzie uczciwej Rzeczypospolitej, bez względu na numerek, dopóki działa w niej IPN.

Wydanie: 6/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy