Kto z kim? I dlaczego?

Kto z kim? I dlaczego?

Robią parówki na naszych oczach, czyli anty-PiS szykuje się do wojny z Kaczyńskim

Po wyborach europejskich polska polityka przez kilka tygodni była w szoku. Przede wszystkim Platforma Obywatelska i grupa publicystów, która ją wspierała. Bo okazało się, że projekt Koalicji Europejskiej, czyli zjednoczenia wszystkich sił anty-PiS (poza Wiosną Roberta Biedronia) nie wypalił. Koalicja przegrała z PiS wynikiem 38:45. Zaczęto więc szukać przyczyn porażki, winnych, w końcu pomysłu na dalszą walkę.

Ale ten szok mija. Partie szykują się do jesiennej rozgrywki. Co ciekawe, najwięksi optymiści sprzed wyborów europejskich, ci, którzy wieszczyli triumf Koalicji Europejskiej, dziś tak samo autorytarnie twierdzą, że PiS ma już wygraną w kieszeni, że wszystkie karty są już rozdane. Nie zgadzam się z tą opinią. Nic nie jest rozdane. Specyfika polskich wyborów polega na tym, że mamy dużą grupę wyborców niezdeklarowanych, którzy decyzję podejmują w ostatniej chwili, przeważnie pod wpływem impulsu. Jaki to będzie impuls – nikt dziś tego nie wie. Innymi słowy – ponieważ wiele jeszcze może się zdarzyć, a siły PiS i anty-PiS są zbliżone, wynik wyborczy może być różny. Zależeć on będzie i od przypadku, i od tego, jak partie przygotują się do jesiennej batalii. I jak ją rozegrają.

W najbliższych dniach te przygotowania zostaną sfinalizowane. Ba, piszę ten tekst w piątek, ukaże się on w poniedziałek, a w weekend partie będą decydować, w jakich koalicjach pójdą do wyborów. Wielkie znaczenie będzie miała tu decyzja PSL. Nie przesądzając – myślę, że i tak nie będzie ona ostateczna. Że sprawy jeszcze przez jakiś czas będą się domykać.

Nauka z eurowyborów

Dlaczego tak? A dlatego, że politycy opozycji, po pierwsze, muszą wiedzieć, dlaczego przegrali z PiS, a po drugie, muszą tak ułożyć koalicje i listy wyborcze, żeby zadowolić swój aparat. Bo to partyjne aparaty mają w tej chwili najwięcej do powiedzenia i ich interes jest najszerzej uwzględniany. Reszta, czyli plan kampanii, jej hasła, program itd., przyjdzie później.

Ale zacznijmy od sprawy numer 1. Otóż coraz mocniej przebija się teza, że Koalicja Europejska przegrała dlatego, że była za szeroka. Że wepchnięcie do jednego worka antyklerykałów i konserwatystów nie mogło się udać. Że tak można połączyć partyjne aparaty, ale nie wyborców. Poza tym szeroka koalicja nie dość, że zniechęca wyborców, to jeszcze prowadzi na manowce polityków.

Wiele mówiąca była tu reakcja liderów Platformy na wydarzenia związane z Kościołem. Najpierw, 4 czerwca, mieliśmy mocne, antyklerykalne wystąpienie Leszka Jażdżewskiego podczas platformerskiej imprezy zorganizowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Liderzy PO najpierw nic o tym nie mówili, a potem jeden po drugim zaczęli się dystansować od tego wystąpienia. Ale za chwilę mieliśmy film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, więc PO zrobiła kolejny zwrot i jej politycy zaczęli machać dziecięcymi bucikami. Nawet w Sejmie, gdzie duchownych nie ma.

Ten brak powagi w obliczu poważnego tematu, miotanie się od ściany do ściany, nie mogły dla PO dobrze się skończyć. Dla tych, którzy chcą hamować klerykalizację Polski, Platforma jest niewiarygodna. Z kolei wyborcy konserwatywni, z mniejszych miejscowości, podejrzewają, że PO podejmie walkę z Kościołem. Tę sytuację podsumował trafnie Jarosław Flis, mówiąc, że im szersza koalicja, tym większe ryzyko utraty głosów na skrzydłach, co niweluje zyski ze zjednoczenia.

W ostatnich tygodniach zaczęła więc zwyciężać koncepcja dwóch list antypisowskiej opozycji. Pytanie tylko, jak te listy miałyby wyglądać. A konkretnie – kto miałby iść do wyborów samodzielnie – PSL czy lewica?

PSL narzuca ton

Jeśli chodzi o koncepcję dwóch list opozycji, to najmocniejszy sygnał przyszedł ze strony PSL. Ludowcy jako pierwsi ogłosili, że Koalicja Europejska przestała istnieć, i powołali do życia Koalicję Polską, do której zaczęli zapraszać i polityków, i osobistości o przekonaniach centrowych i prawicowych. I tak w ich gronie znaleźli się Władysław Teofil Bartoszewski i niedawny poseł PO Marek Biernacki.

– Skorzystałem z propozycji, by budować Koalicję Polską i skończyć plemienną wojnę. Wyrzucono mnie z PO, a przez ten czas partia zdążyła porozumieć się z Barbarą Nowacką i rozmawia z Wiosną. Trudno sobie wyobrazić mnie w tym towarzystwie. Ja jestem wierny swoim poglądom. Wyobrażam sobie koalicję PO-PSL do Sejmu – to słowa Biernackiego w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. A, dodajmy, wyrzucono go, gdy zagłosował za odrzuceniem projektu „Ratujmy kobiety” już w pierwszym czytaniu, a także za skierowaniem do dalszych prac restrykcyjnego projektu „Zatrzymaj aborcję”, który zakazywał przerywania ciąży w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Teraz Biernacki znalazł swoje miejsce w klubie PSL, gdzie został przyjęty z otwartymi rękami. Skąd ten zwrot ludowców? Jeszcze parę miesięcy temu rozmawiali z SLD o wspólnej koalicji, a teraz wchodzą w rolę partii przykościelnej?

Powód jest oczywisty. PSL toczy twarde boje z PiS na wsi i w małych miastach. A to są środowiska raczej konserwatywne, zatem i uczulone na antyklerykalne filipiki polityków PO i lewicy. Władysław Kosiniak-Kamysz stanął więc przed dylematem wyboru sposobu ratowania wpływów PSL. A każde rozwiązanie łączy się z ryzykiem. Pozostanie w wielkiej koalicji z PO, razem z lewicą, to dalszy spadek wpływów PSL w jego tradycyjnych bastionach. A w perspektywie – stopniowe zanikanie. Wyjście – to ryzyko rozbicia się o próg 5%. I katastrofa. I tak źle, i tak niedobrze. Aparat PSL, działacze z pierwszej linii frontu muszą zadecydować, świadomi, że twardy bój przed nimi.

Pisząc te słowa, nie znam sobotniej decyzji PSL o wyborczej koalicji – czy idzie do wyborów samo, czy z PO. W każdym razie, ponieważ jest to dla PO partner pierwszego wyboru, decyzja ludowców zaważy też na losach lewicy.

Lewica, czyli wola aparatu

Lewica także znalazła się w schizofrenicznej sytuacji. Bo z jednej strony, poparcie dla partii lewicowych, jest w sumie kilkunastoprocentowe, czyli daje możliwość dobrego wyniku. Z drugiej – lewica jest podzielona i szanse na to, że animozje zostaną odłożone na bok i powstanie wspólna lista, są bliskie zeru.

Podział lewicy wynika z wielu względów. Nie tylko historii i stosunku do PRL oraz osobistych pretensji. Ostatnio ważny się stał stosunek do PO. Mamy więc z jednej strony Barbarę Nowacką, która jest już de facto częścią PO, lewicową paprotką w partii Schetyny. Z drugiej strony jest Partia Razem, która mówi, że z liberałami na pewno nie pójdzie do wyborów. Pośrodku jest SLD, który bardzo chce iść z Platformą, tylko Platforma jeszcze nie wie, czy tego chce. Potem mamy Wiosnę, która nie wie, czy chce, no i Unię Pracy, która też zachowuje dystans do PO i wolałaby wspólną listę lewicy.

Najciekawszy jest los SLD. W wewnętrznym referendum 87% działaczy partii poparło ideę pójścia do wyborów w koalicji, w domyśle – koalicji z PO. Można tę decyzję łatwo zrozumieć – SLD balansuje na granicy progu 5%, a w zasadzie jest pod progiem. Wspólny start z PO jest gwarancją, że 10-15 polityków Sojuszu dostanie się do Sejmu. Można będzie założyć własne koło, a może i klub, i przeżyć. Tyle że jako wasal PO.

Ten wspólny start jest dla działaczy SLD tym łatwiejszy, że coraz mniej ich od PO różni, bo jedno i drugie ugrupowanie jest coraz mniej ideowe i nie przykłada się tam większej wagi do spraw programowych. A łączy ich niechęć do PiS. No i apetyt na owoce władzy…

Problem polega na tym, że na kolejną koalicję z SLD działacze PO kręcą nosem. Z kilku względów – że to komuna, że lewica, że dali już, co mieli najlepszego – czyli trzech premierów – na listy wyborcze do europarlamentu i już nie mają kogo dać. Ale główny powód jest jeden – aparat PO nie chce SLD-owskich kandydatów na listach, bo w ogóle nie chce się posunąć. Działacze Platformy uważają, że bez SLD zdobędą tyle samo głosów, co z SLD, albo i więcej. Po co więc brać zbędny balast? Ich stosunek do Sojuszu jest zatem mniej więcej taki, jaki Sojusz miał do innych partii lewicowych w ramach koalicji Lewica Razem.

A to jest sytuacja, która zmusza Grzegorza Schetynę do powściągliwości wobec zalotów SLD. Można zresztą powiedzieć, że daje mu dużą swobodę manewru. Bo wyobraźmy sobie taką sytuację – przychodzi Czarzasty do Schetyny, a ten mu mówi: „Daję ci pięć-sześć miejsc biorących. A jeśli uważasz, że to za mało, to możesz sobie iść”. I co wtedy może zrobić przewodniczący SLD?

W innej sytuacji jest Wiosna. Jeszcze dwa miesiące temu Robert Biedroń oferował Schetynie stanowisko wicepremiera w swoim rządzie. Już wiadomo, że jest to propozycja nieaktualna. I że sytuacja się odwróciła – to Biedroń puka grzecznie do drzwi Schetyny, by negocjować wejście do koalicji z PO. Skąd ta wolta? Wiosna w ostatnim czasie ma ich zresztą na koncie więcej, a główną jest decyzja Biedronia, że nie zrzeka się mandatu europosła (co obiecywał), tylko zostaje w europarlamencie. Odebrane to zostało jednoznacznie i bardzo źle.

Wydawać by się mogło, że po takich woltach Wiosna powinna szorować po dnie w sondażach, mieć 2% albo i mniej. Tymczasem w dwóch kolejnych zanotowała 8%! Jak to rozumieć? Może tak, że Wiosna ma swoich wyborców? Skłonnych przełknąć wpadki lidera, wierzących, że w innych sprawach, dla nich bardzo ważnych – Kościoła, aborcji, LGBT, kolejnych lewicowych postulatów – jest wiarygodny? A przynajmniej dużo bardziej wiarygodny niż PO i SLD.

Jeżeli tak jest, to Robert Biedroń jest dla PO koalicjantem dużo atrakcyjniejszym niż SLD, choć też dużo bardziej niebezpiecznym. Bo Wiosna ma większe poparcie niż Sojusz i wyborców, którzy sami z siebie nie przejdą do PO. Bo żadne „mniejsze zło” do nich nie przemawia.

Jak wyciszyć lewicę

Jest jeszcze jeden element, który liderzy PO muszą uwzględnić. Otóż Biedroń trzyma w rękach wytrych do głównego wyborczego problemu Platformy, czyli do niefunkcjonalności wielkiej, antypisowskiej koalicji. Wspominałem o tym wcześniej – Koalicja Europejska okazała się niefunkcjonalna, utrata głosów na skrzydłach niwelowała premię za zjednoczenie. A dlaczego koalicja traciła na skrzydłach? Dlatego, że Wiosna postawiła w publicznej debacie sprawy, które zaburzyły narrację PO. Bo nagle pojawiły się sprawy Kościoła, klerykalizacji życia publicznego i Platforma nie potrafiła na nie zareagować. Bo gdy milczała – traciła głosy na rzecz Biedronia, gdy zabierała głos – zrażała sobie część konserwatywną, a także tę głosującą na PSL.

Gdyby natomiast Biedroń został spacyfikowany, gdyby się nie odzywał, te tematy zostałyby wyciszone w debacie publicznej. Platforma przez inne morza by płynęła, najpewniej z lepszym rezultatem. Dlatego Wiosna na listach PO, jacyś jej przedstawiciele, jest tak cenna. Bo rozbiłoby to obóz tworzącej się nowej lewicy, wyciszyłoby ją w publicznej debacie. I w ten sposób spełniłoby się marzenie liberalnych publicystów – żeby lewica głosowała na PO, nic w zamian nie żądając. No może paru miejsc biorących, ale tego żądać będzie partyjny aparat, nie wyborcy.

Wybór Grzegorza

Można więc powiedzieć, że Grzegorz Schetyna ma komfortową sytuację. Przegrał majowe wybory, a jest silniejszy. Skonsumował Nowoczesną – tej partii już nie ma. Wypchnął z polityki krajowej Donalda Tuska, który chyba zrozumiał, że w coraz większym stopniu odgrywa rolę byłego. No i teraz może wybierać koalicjanta – albo ludowców, albo lewicę. I to na swoich warunkach.

Te możliwości tworzą jednak dla PO poważne zagrożenia. Koalicja Europejska nie była dla PO niebezpieczna, bo była obła, i gdyby nie Biedroń oraz film Sekielskich, w europejskiej kampanii nie byłoby niczego, co poza ową obłość wychodziło.

Tymczasem teraz takiej koalicji wszystkich w imię objęcia foteli w Sejmie stworzyć już się nie da. PO musi wybrać, czym chce być. Gdy pójdzie do wyborów z PSL – wybierze drogę umiarkowanej chadecji i będzie musiała pozostawić lewicy wyborców wielkomiejskich i antyklerykalnych. A z nimi jest emocjonalnie związana.

Inny wariant – pójście z lewicą i zostawienie w centrum PSL, również nie jest dla Platformy wygodny. Bo oznaczałby bardzo mocne przesunięcie Schetyny w lewo. Tym wyraźniejsze, że PO nie ma własnych poglądów. Ale to będzie też oznaczać dla PO odpuszczenie, raczej trwałe, wyborców centrowych i konserwatywnych. Czyli oddanie znacznej ich części PiS. A przecież o tym, kto wygrywa w wyborach, decyduje zdolność przejęcia centrum, przejęcia niezdecydowanych.

I jest jeszcze wariant numer 3 – Platforma idzie do wyborów sama, zostawia PSL i lewicowe partie swojemu losowi. Podbierając im, zwłaszcza Wiośnie i SLD, co ciekawszych polityków i dając im miejsce na swoich listach. To jest wariant na dobicie lewicy, na absolutną hegemonię po stronie anty-PiS. No i na przegranie wyborów w nadziei, że już w następnych pójdzie świetnie.

Platforma stoi więc przed potężnym dylematem, wyborem politycznej drogi. A wybrać musi.

I jeszcze jedno – gdy już wybierze, gdy zostanie określone, jak będą wyglądać wyborcze koalicje anty-PiS, trzeba będzie bardzo pilnować, by ta mniejsza koalicja dostała jak najwięcej głosów. System d’Hondta tnie mniejsze ugrupowania do bariery 10-11%. Powyżej już mandatów nie zabiera. Łatwo więc się domyślić, że głównym obiektem ataku PiS będą ci mniejsi. Żeby zepchnąć ich pod próg 10%, a najlepiej 5%.

Lewica z lewicą

W każdym z tych wariantów będziemy świadkami bratobójczej walki polityków lewicy. On zresztą już trwa. Barbara Nowacka, która w PO jest już na stałe i znalazła się w jej komitecie wyborczym, przy każdej okazji atakuje byłych kolegów. Włodzimierz Czarzasty nie szczędzi uszczypliwości Robertowi Biedroniowi. Adrian Zandberg też swego czasu powiedział parę słów za dużo.

Te różne ataki padały w przestrzeni publicznej, docierały do działaczy, do wyborców. Jak więc teraz im tłumaczyć, że politycy lewicy znów się kochają? Cztery lata temu, gdy mieliśmy wspólny start SLD i palikotowców, to się nie udało.

Oczywiście inaczej będzie, gdy powstanie koalicja lewicowych partii z PO. Ona w naturalny sposób zmusi polityków lewicy do milczenia. Niby będą razem, ale nie będą. Inna sprawa, że ich wejście do koalicji z PO oznaczać będzie ich wasalizację. Che Guevara mówił – lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach. W tym przypadku związek z PO oznaczać będzie życie na kolanach. Przehandlowanie wyborców za mandaty.

Z kolei wariant koalicji lewicowej na papierze wygląda bardzo interesująco. Ale w rzeczywistości jest szalenie trudny do zrealizowania. Bo taka koalicja nie miałaby pieniędzy, wpływów w mediach, skazana byłaby na rywalizację, na ciągłe animozje.

A jeśli jedni wskoczą do koalicji z PO, a drudzy pójdą do wyborów samodzielnie? O! Łatwo sobie wyobrazić, co będzie się działo…

Uff… Wygląda to okropnie. Bismarck mówił, że ludzie nie powinni oglądać dwóch rzeczy – jak się robi parówki i jak się robi politykę. A właśnie ten etap, robienia parówek, obserwujemy. Na szczęście za chwilę się skończy, ułoży się to, co miało się ułożyć, i ruszy kampania. I wtedy będziemy mogli porozmawiać, jakie z tego wyszło danie.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 28/2019

Kategorie: Publicystyka

Komentarze

  1. Józef Brozowski Żory
    Józef Brozowski Żory 8 lipca, 2019, 08:23

    Bezsens kampanii wyborczej.
    [Dlaczego w tytule mojego komentarza jest „Bezsens kampanii wyborczej”? Wyjaśniam na końcu komentarza]

    Jan Widacki w felietonie „Długi marsz” [Tygodnik Przegląd nr 27/2019] pisze:
    „Nieszczęście Polski polega nie na tym, że jest PiS, tylko na tym, że 40% Polaków myśli tak jak PiS. Nawet gdyby opozycja jakimś cudem wygrała jesienne wybory, to mając przeciw sobie PiS z takim poparciem, niewiele zrobi, przede wszystkim nie rozliczy partii Kaczyńskiego ani z łamania konstytucji, ani z innych niegodziwości. Postawienie któregokolwiek jej polityka przed Trybunałem Stanu jest nierealne. Do tego potrzeba by miażdżącego zwycięstwa nad PiS, a na to nie ma szans. Nie bardzo też możliwa jest naprawa instytucji demokratycznego państwa. Będziemy się babrać w błocie jeszcze długo, coraz bardziej na marginesie Europy.”

    Ja już nie wierzę cudownym wynalazkom w polskiej polityce typu Palikot, Kukiz, Biedroń. Wszyscy oni przed wyborami chcieli działać dobrze dla Polski i społeczeństwa. Po wyborach rozbijali się o beton duopolu i było jak było. Ja chciałbym poprawić standardy życia, wprowadzić rozsądne zarządzanie, pragmatyczną geopolitykę, demokrację przedstawicielską i upodmiotowić obywateli. Załóżmy że moja partia dostaje się do Sejmu, wprowadzam tam 60 posłów [nie mam partii, nie jestem politykiem] i co? Wjechaliśmy na pięknych hasłach, ale realia PO-PiS’owe nie pozwalają na żaden ruch. Co mam robić? Ano robię dobrą minę, trochę krzyczę i odstawiam cyrk, ale a zaciszu gabinetów układam się z duopolem i zabezpieczam sobie, krewnym i znajomym bezpieczną, materialnie przyszłość. SORRY POLACY, TAKI MAMY KLIMAT!

    Widzę w tej matni tylko jedno wyjście. Polityk, któremu zależy na dobru Polski i jej obywateli startuje na prezydenta RP. W kampanii wyborczej przedstawia swój plan naprawy Polski, naprawy ustroju i ogłasza projekt nowej konstytucji RP w którym to wszystko jest zapisane. Po wybraniu Go na prezydenta RP ogłasza referendum w sprawie przyjęcia nowej Konstytucji RP.

    Dlaczego w tytule mojego komentarza jest „Bezsens kampanii wyborczej”? W obecnej sytuacji politycznej, gdzie demokracja, trójpodział władz, konstytucja to piękne choć puste hasła, wystarczyłoby wprowadzić pewną innowację. Nic to by nie zmieniło w zarządzaniu krajem, ale przyniosłoby znaczne oszczędności. Należałoby zlikwidować Sejm z Senatem, a w wyborach ludzie głosowaliby na partie polityczne (co faktycznie robią). Partia która przekroczyłaby próg wyborczy, otrzymałaby taki procent udziałów w zarządzaniu Polską jaki jej wyliczy po wyborach PKW. A w budynku sejmowym mógłby powstać ekologiczny, niepodrabiany cyrk w pełnym tego słowa znaczeniu.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • ireneusz50
      ireneusz50 9 lipca, 2019, 14:18

      TOTALNI KONTRA PiS. BILANS ZYSKÓW I STRAT 1. Jestem emerytem, wszyscy emeryci, renciści, wszyscy uprawnieni do renty rodzinnej i socjalnej otrzymali w tym roku trzynastą emeryturę w wysokości 888 złotych. I mamy gwarancję rządu PiS, że w kolejnych latach ich rządów otrzymamy co roku 888 złotych. Liczmy. 4 lata rządów PiS, to 888x 4=3552 złote. Pytam się dorosłych ludzi, kto jest gotowy oddać totalnym 3552 złote i powierzyć im władzę? Pytam się dzieci i wnuków emerytów i rencistów, czy powierzając władze totalnym oddacie swoim rodzicom i dziadkom utracone 3552 złote? Czy oddacie? 2. Pytam dzieci matek, które wychowały co najmniej czworo dzieci, czy glosując na totalnych, dacie swoim matkom 1000 utraconych złotych, jakie daje waszym matkom PiS w formie emerytury? Czy dacie? Bo wasz głos na totalnych, jest tym samym co odebranie waszym matkom 1000 złotych emerytury! Jest tym samym! 3. Pytam rodziców dzieci co otrzymują 500+. Czy jesteście gotowi odebrać waszemu dziecku 24 tysiące złotych i podarować totalnym? Ci co mają więcej dzieci, niech przemnożą 24 tysiące złotych razy liczbę dzieci na które otrzymują 500+ i wtedy zdecydują. Głosować na totalnych, dać im władzę? Czy może lepiej dać 24 tysiące swoim dzieciom? Wybór należy do rodziców dzieci. 4. Kilka milionów dzieci w wieku szkolnym otrzymuje raz w roku 300 złotych na dobry start, czy rodzice tych dzieci są gotowi oddać te pieniądze totalnym? Glosując na totalnych odbieramy dzieciom 500+ i 300 złotych na dobry start. Trudno poważnie traktować wypowiedzi notorycznego łgarza Grzegorza Schetyny, który publicznie zapewniał, że to co PiS dał nie będzie odebrane. W kilka dni po tej wypowiedzi, rzecznik totalnych powiada , że te wszystkie socjalne przywileje które PiS dał, są na kredyt i trzeba będzie je oddać! Oczywiście gdyby wgrali totalni, to oni sobie odbiorą, umieją odbierać jak nikt inny. Naczelny łgarz totalnych nie prostował tej wypowiedzi która stoi w sprzeczności z jego wypowiedzią. Przypominam, wybranych nie możemy odwołać, wybrani będą rządzić nami 4 lata. Wybór totalnych gwarantuje nam odebranie wszystkich, absolutnie wszystkich przywilejów socjalnych. 5. Młodzi do lat 26, a jest ich ok. dwóch milionów, zatrudnieni na umowę o pracę, na umowę zlecenie, zwolnieni są z płacenia podatku dochodowego. Wybór totalnych gwarantuje utratę tego przywileju, 6. Ostatni argument by głosować na PiS. Bark socjalnych przywilejów, to brak na rynku klientów i możliwości sprzedaży towarów i usług, za ponad 60 miliardów złotych. Bo tyle otrzymali beneficjenci tych przywilejów. Wybór totalnych, to gwarancja braku tych pieniędzy na rynku, to gwarancja spadku sprzedaży towarów i usług za co najmniej 60 miliardów złotych rocznie! 500+ na każde dziecko od lipca br. roku, jeszcze zwiększa silę nabywczą beneficjentów 500+. Wybór jest prosty dla producentów towarów i usług. Utrata klientów z takimi pieniędzmi, to ruina rynku, to krach rynku, to koniec prosperity. W interesach nie ma sentymentów. Totalni gwarantują likwidację socjalnych przywilejów, a to oznacza brak na rynku co najmniej 80 miliardów złotych wypłacanych jako socjalne przywileje! Wszystkich producentów towarów i usług ostrzegam. Totalni zabiorą wam klienta. Dla was rządy totalnych, to ekonomiczna śmierć! Przemyślcie to sobie! – II – Jakie zyski, jakie przywileje, jaką pomoc gwarantuje nam rząd totalnych? 1. Totalni poza bełkotem, nie mają żadnego ani sensownego, ani nie sensownego programu. Jaki program może mieć totalna koalicja złożona; z wilka, szczupaka, myszy, owcy i wieprza. Tego nie da się pogodzić, ani ogarnąć. Samo istnienie takiej koalicji jest obelgą wobec wyborców. Mamy 100% gwarancję, że władza totalnych ostatecznie zniszczy nasz kraj i raz na zawsze pogrzebie nawet marzenia o poprawie bytu naszego narodu. – III – W tych wyborach mamy jeden, jedyny wybór, PiS! Nie ma innego wyboru. Nie ma żadnej alternatywy, choćby dlatego, że głos oddany na innych, to glos oddany na obietnice. Tylko PiS jest czymś realnym i zasługuje na zaufanie!8.07.2019 – wiecej w tygodniku szerszeń

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. ireneusz50
    ireneusz50 9 lipca, 2019, 14:25

    już dawno minęły czasy gdy państwo było dla wygody władcy, dzis państwo jest dla wygody ludu. Tusk dał nam liberalizm, złodziejstwo i cwaniactwo, PiS mimo swoich wielu wad daje możliwość przeżycia, ja wiem ze do godnego życia to jeszcze za mało, ale po szkodach jakie wyrządził nam folksdojcz Tusk i jego złodziejska ideologia trudno tak sie od razu pozbierać. Jak PiS wygra wybory, to jest szansa ze tych wszystkich złodziei rozliczy i powsadza do kryminału, łącznie z Tuskiem.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy