Ein Volk! – czyli szczerość senatora Biereckiego

Ein Volk! – czyli szczerość senatora Biereckiego

Ostatnio w mediach zasłynął senator PiS i, zdaje się, jego główny bankier, Grzegorz Bierecki. Ten pan od SKOK-ów był uprzejmy zapowiedzieć, że PiS „nie ustanie, aż nie doprowadzi do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Szczerość tej wypowiedzi wprowadziła nawet pewne zażenowanie wśród niektórych polityków rządzącej partii i, jak się wydaje, niezadowolenie samego prezesa. Bierecki niechcący ujawnił powszechnie na polskiej prawicy wyznawaną wizję państwa i narodu. Ta wizja to nacjonalizm.

Nacjonalistyczna wizja państwa jest nie do pogodzenia z wizją państwa liberalno-demokratycznego. W państwie liberalnej demokracji nikt nie ma monopolu na prawdę, na rację stanu, na pisanie historii, na wizję przyszłości. Wszyscy obywatele należą do tej samej kategorii (albo, jak ktoś woli, do tego samego sortu). Wszyscy, bez względu na poglądy, wyznanie, rasę, stosunek do PiS, pochodzenie społeczne czy etniczne, orientację seksualną wreszcie. Naród jest w takim ujęciu wspólnotą obywateli. Tak to ujmuje preambuła naszej, tak przez PiS nielubianej konstytucji: „My, Naród Polski, wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Sama nazwa państwa Rzeczpospolita, wymawiana po setki razy, ale, jak widać, często bez zrozumienia, znaczy Rzecz publiczna – należąca do ogółu obywateli. Państwo polskie należy do ogółu obywateli. Nie tylko tych „pierwszego sortu”, nie tylko „Polaków polskiego pochodzenia”, nie tylko tych, którzy kochają prezesa i bezkrytycznie są przekonani o jego mądrości. Wszyscy w tym państwie mają równe prawa, a poprzez demokratyczne wybory wpływ na jego politykę. Polska jest wspólna. Jest ojczyzną zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak i Leszka Millera. Tomasza Terlikowskiego i Kazimiery Szczuki. Kibiców Legii i kibiców Wisły. Ojca Rydzyka i Jerzego Urbana.

Bierecki nie powiedział w zasadzie nic nowego. Podobne treści wypowiadali przy różnych okazjach prominentni działacze PiS. Nie wspominając już o tym, że „oczyszczenia Polski” jawnie i brutalnie domagają się narodowcy. Jedna rasa, jeden naród! No to idźmy dalej: jedno państwo, a na końcu będzie jeden wódz.

To samo co oni, choć może w formie bardziej zawoalowanej, głosi nawet minister od kultury i dziedzictwa narodowego, który wedle ewidentnie nacjonalistycznych kryteriów rozróżnia kulturę polską i niepolską, a nawet chyba antypolską, oczywiście wspierając wyłącznie tę pierwszą. Jak tak dalej pójdzie, dotacje dostaną jedynie te teatry, które wystawiać będą śpiewogrę „Krakowiacy i górale”, jasełka Rydla, ewentualnie „Zemstę” Fredry. Nawet „Wesele”, jak się okazuje, może być podejrzane, a „Dziady” trzeba by najpierw dobrze zrozumieć, aby skutecznie ocenzurować. Nie wątpię, że w swoim czasie minister ten wysiłek podejmie.

Ten nurt w polskiej polityce nie jest czymś nowym. Już w Polsce międzywojennej endecja uważała, że w 1918 r. to Polacy odzyskali niepodległość, więc Polska jest państwem tylko Polaków, i przemyśliwała, co zrobić, aby ją „oczyścić” z ponad 30% mniejszości narodowych. Pomysły były różne. Próbowano na siłę polonizować Rusinów i Białorusinów, kombinowano, by Żydów wysłać może na Madagaskar. Realizacja tego projektu wymagała jednak wcześniejszego odebrania Madagaskaru Francuzom. Co nie było łatwe, choć uważano, że „Madagaskar nam się po prostu należy”, a to z tej racji, że jego królem ogłosił się swego czasu Maurycy Beniowski. Przekonanie o wszechstronnej wyższości Polaków nad Żydami było powszechne, nieobce nawet profesorom uniwersytetu. W uchwale Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, podjętej w ramach dyskusji o numerus clausus w 1923 r., możemy przeczytać np., że „profesja lekarska wymaga podejmowania decyzji o dużym ciężarze moralnym (…). Żydzi, którzy obecnie majoryzują ten zawód, takiej wysokiej etyki nie posiadają”.

Przed wojną w prasie narodowej na porządku dziennym było przekonywanie, że czymś oczywistym jest „rozróżnianie grup obywateli ze względu na stosunek do idei narodowo-państwowej” i przydzielanie im praw w zależności od tego stosunku.

Jeden z profesorów, skądinąd wybitny historyk, domagał się wówczas ograniczenia praw młodzieży żydowskiej do studiowania, ponieważ była ona na ogół „indyferentna wobec Polski, w okresie, gdy ważyły się losy jej granic”. Po 1989 r. dla wielu takim kryterium limitującym prawa miała być działalność w okresie PRL i siła zaangażowania w walkę z „komuną”. Nawet „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że SLD „mniej wolno”, i to w czasie, gdy właśnie SLD w demokratycznych wyborach zdobył władzę.

Wydawałoby się, że dziś, po latach doświadczeń, jesteśmy mądrzejsi. Tymczasem sondaże poparcia dla partii politycznych i tym samym ich wizji państwa są przerażające. Ponad 40% społeczeństwa nie ma nic przeciw wizji państwa tak szczerze przedstawionej przez senatora Biereckiego. Naprawdę niczego nie nauczyliśmy się z historii?

Ktoś przecież to społeczeństwo edukował przez ostatnie 30 lat. Nie słyszałem, by ktoś za to czuł się odpowiedzialny. Za to zaniedbanie możemy zapłacić ogromną cenę.

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy