Ja – kacapski idiota

Ja – kacapski idiota

W noworocznym numerze „Gazety Polskiej” pisze Piotr Lisiewicz: „Kto znając Rosję, nie jest rusofobem, jest albo kacapskim agentem, albo idiotą”. Najprościej byłoby oczywiście odpowiedzieć, że kto czyta „Gazetę Polską”, jest albo całkowicie ogłupiałym fanatykiem, albo samozakłamanym ciemniakiem. Znalazłoby się zresztą w pisemku Tomasza Sakiewicza nader wiele materiałów potwierdzających tę tezę.

Żeby jednak nie być oskarżonym o „wyrywanie zdań z kontekstu”, na co skarżą się wciąż miłościwie nam panujący, gdy tylko coś nakłamią, wygłupią się lub nawiążą stosunki dyplomatyczne z San Escobar, trzeba przyznać, że nienawistne bzdury Lisiewicza spowodowane zostały nieszczęsnymi wypowiedziami Władimira Putina dotyczącymi przedwojennej polityki Rzeczypospolitej. Nie ulega wątpliwości, że były one niepotrzebne, niesprawiedliwe i w znacznej mierze historycznie fałszywe. Być może wymagały też polskiej odpowiedzi. Ale na pewno nie stanowią jej głupie wyzwiska wypluwane przez Lisieckiego. Nie stanowi jej również totalna negacja i potępienie w czambuł. W Europie uwagę na oskarżenia Putina zwróciła drobna mniejszość, którą sprawy nadwiślańskie w ogóle interesują. Ci nieliczni znają jednak historię i odpowiedź władz warszawskich udzielona Rosjanom będzie ich raczej przekonywać, że w tym akurat sporze wart Pac pałaca w naciąganiu faktów, więc remis i nie ma o co łamać krzeseł.

17 września 1939 r. wojska radzieckie weszły do Polski na podstawie tajnego zapisu w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Było to niewątpliwie (acz armia polska była już rozbita) działanie amoralne i zdradzieckie. Jednakże 2 października 1938 r. oddziały polskie pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego wkroczyły do Czechosłowacji, współdziałając obiektywnie z hitlerowcami zajmującymi w tym samym czasie czeskie Sudety. Uwagę zwraca identyczność używanych przez Rosjan i Polaków argumentów. Jedni i drudzy mówili o „powrocie do macierzy” okupowanych ziem (w Rzeczypospolitej wydano nawet znaczki pocztowe z tym sloganem) i „ochronie ich ludności”. Dodajmy, że Polakom ich agresja nie dała nic poza hańbą, natomiast Stalin oddalił o kilkaset kilometrów linię wyjścia armii niemieckich podczas ich ataku na ZSRR. Zabrakło ich potem hitlerowcom, żeby zdobyć Moskwę, choć dotarli na jej przedpola. Teza, że każde państwo musi działać w swoim żywotnym interesie, jest powszechnie przez polityków przyjmowana. W przeciwieństwie do Polski Becka i Rydza-Śmigłego Rosja może się na nią powołać, toteż sobie tego nie żałuje i znajduje szerokie zrozumienie.

Antysemickie deklaracje ambasadora Lipskiego wyrwane zostały być może z kontekstu (patrz wyżej o wyrywaniu), nie zmienia to jednak w niczym faktu, że przedwojenna Polska była do szpiku antysemicka, co potwierdziło się podczas okupacji, w powojennych pogromach żydowskich niedobitków i trwa do dzisiaj, w enuncjacjach choćby… „Gazety Polskiej”. Śmieszni demagodzy wykrzykują potem, że słowo pogrom pochodzi z języka rosyjskiego (ściślej, jest to nie rusycyzm, ale rutenizm, vide ukraińskie pohromyty). Nikt nie zaprzecza, że – szczególnie w XIX w. – Żydzi byli w Rosji prześladowani. Wszelako akurat podczas II wojny światowej ZSRR był dla Żydów krajem ratunku. „Ocalonym na wschodzie” był nie tylko Julian Stryjkowski, ale i setki tysięcy jego pobratymców. Nieprzypadkowo w 1948 r. Golda Meir z pierwszą wizytą dyplomatycznej misji izraelskiej przybyła do Moskwy właśnie. I chociaż Żydowski Komitet Antyfaszystowski został w listopadzie 1948 r. rozwiązany, a fale antysemickie jeszcze niejednokrotnie powracały, to ZSRR był w latach 1939-1945 azylem dla unicestwianej ludności żydowskiej bez względu na etymologiczne igraszki.

Gdyby rząd polski w odpowiedzi Putinowi uczciwie rozdzielił, co było w jego stwierdzeniach propagandowym przekłamaniem, a co powiedzieć miał prawo, zostałoby to zapewne przyjęte przez zagranicę z życzliwym zrozumieniem. A tak zostaje magiel. Putin w nas rzekomym przyczynieniem się do wybuchu II wojny światowej, to my w niego Lisiewiczem. Z tym że Lisiewicz na historii się nie zatrzymuje. Dla niego Putin, głowa potężnego państwa, to „nędzny, podrzędny podpułkownik KGB”. Doprawdy, ambasada rosyjska w Warszawie nie musi mu odpowiadać, że Duda to pucułowaty, niedorobiony prawnik, którego wstydzi się nawet promotor jego pracy doktorskiej. Po pierwsze, dlatego że ważąc ciężar gatunkowy pana Lisiewicza, żadna waga nawet nie drgnie. Po drugie, gdyż oficjalna odpowiedź jego duchowych przewodników okazała się wystarczająco stronnicza, by przyjmować ją na serio do wiadomości. Jeśli zaś w całej tej „narodowej jednomyślności” chodziło o rozdmuchiwanie antyrosyjskich nastrojów, to próżny trud. Balon jest już tak nadmuchany przez władzę, pod rękę zresztą z „Gazetą Wyborczą” czy piewcami nieskalanej i znieważanej Polski, że może tylko pęknąć, co oczywiście bardzo by ucieszyło takiego jak ja niepoprawnego kacapskiego agenta albo idiotę.

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy