Starość nie radość

Starość nie radość

Gospodarki krajów rozwiniętych już teraz potrzebują imigrantów, żeby przetrwać

Milion. Ta liczba zawsze robi wrażenie, a w kontekście politycznym wybrzmiewa z reguły jeszcze mocniej. Dlatego kiedy w 2015 r. Niemcy pod rządami Angeli Merkel zdecydowały się przyjąć właśnie milion imigrantów z Bliskiego Wschodu (nie wszyscy pochodzili z Syrii, jak przyjęło się wierzyć), ten ruch niemal natychmiast został zmitologizowany. Dla europejskiej prawicy, nie tylko tej skrajnej, stał się symbolem zgnilizny liberalizmu i moralnego upadku przywódców, takich jak była już niemiecka kanclerz, którzy bezrefleksyjnie przyjmują przybyszów z innych krajów i kultur. Tacy ludzie nie są w stanie się zasymilować, krzyczała w Niemczech AfD, a wtórował jej chór populistów w całej Europie: od Hiszpana Santiaga Abascala z Vox po rodzimych piewców nacjonalizmu w typie Jarosława Kaczyńskiego czy Pawła Kukiza.

Przyjęcie aż miliona osób wzmocniło też prawicę radykalną, bo stanowiło potężny dowód słuszności jej ulubionej koncepcji tożsamościowej – tzw. Teorii Wielkiej Wymiany. Zakłada ona, że cała cywilizacja chrześcijańska mierzy się właśnie ze śmiertelnym zagrożeniem w postaci napływu migrantów z Azji, Bliskiego Wschodu i Afryki. Przybysze ci chcą osiedlać się w Europie, USA, Australii i Nowej Zelandii, udają się tam w pogoni za lepszym życiem. A ponieważ społeczeństwa bogate są coraz starsze i coraz mniej liczne, podczas gdy sytuacja w krajach rozwijających się jest odwrotna, masowa migracja według prawicowców doprowadzi właśnie do wymiany populacyjnej. Czarni i muzułmanie przyjadą do nas i rozmnożą się tak szybko, że staniemy się mniejszością we własnej ojczyźnie, będącej przecież kolebką całej cywilizacji.

Teoria Wielkiej Wymiany od dawna jest czymś więcej niż tylko legendą radykałów czy internetowym mitem. Jej płomiennym wyznawcą był chociażby Brenton Tarrant, 30-letni Australijczyk, który 15 marca 2019 r. wszedł do dwóch meczetów w nowozelandzkim Christchurch, mordując łącznie 51 osób. To była nie tylko największa tragedia publiczna w historii Nowej Zelandii, ale też dowód siły popularyzowanych w internecie radykalnych teorii antyimigranckich. Tarrant, którego przypadek szczegółowo opisała Julia Ebner w książce „Coraz ciemniej. Ekstremiści w sieci”, zradykalizował się właśnie w sieci. Zamach transmitował zresztą na żywo na Facebooku, ostatecznie zacierając granicę między światem realnym i wirtualnym.

Od kryzysu migracyjnego z 2015 r. wiele na świecie się zmieniło, również w kwestii polityki wobec przybyszów z zagranicy i społecznego do nich podejścia. Nie zmieniła się jednak sytuacja po stronie tych, którzy migrantów ewentualnie do siebie przyjmują. Demografii nie da się oszukać. Europa potrzebuje zastrzyku populacyjnego, w przeciwnym razie stanie się niewydolnym ekonomicznie kontynentem starych ludzi.

Czy Niemiec zadba o siebie

Niemcy są tu być może najlepszym przykładem. Jak wylicza Nadav Eyal, izraelski reporter i eseista zajmujący się tematami globalizacji, Republika Federalna już teraz powinna przyjmować co roku pół miliona migrantów zarobkowych, żeby utrzymać bieżącą wydajność gospodarki i tempo wzrostu. Podkreślmy to jeszcze raz, żeby uwypuklić kontekst. W Niemczech brakuje 500 tys. rąk do pracy. Jeśli tę lukę zastąpić migrantami, oznaczałoby to przyjęcie prawdopodobnie 1,5-2 mln osób. Migranci rzadko przecież przyjeżdżają sami. Nawet jeśli robią tak na początku, z czasem sprowadzają rodziny. W tym dzieci, które przecież rynku pracy nie zasilą. Eyal, którego książka „Rewolta. Koniec epoki odpowiedzialności” ukazała się w ubiegłym roku na polskim rynku, przypomina, że to tylko prognoza na najbliższe kilka-kilkanaście lat. Jeśli przyrost naturalny wśród Niemców zacznie spadać jeszcze szybciej niż teraz, imigrantów potrzeba będzie jeszcze więcej. W takim kontekście wspomniany milion osób przyjęty w 2015 r. nie brzmi po prostu racjonalnie.

Niemieckie społeczeństwo za chwilę nie będzie w stanie zadbać o siebie. Jak wynika z danych Aging Readiness and Competitiveness Initiative, grupy badawczej zajmującej się projekcjami demograficznymi, już w 2050 r. co trzeci mieszkaniec Niemiec będzie miał 65 lat lub więcej. Stawia to naszych zachodnich sąsiadów w gronie pięciu najszybciej starzejących się rozwiniętych gospodarek, obok Włoch, Grecji, Finlandii i Japonii. Przyrost naturalny wynosi 1,54 dziecka na kobietę. Żeby osiągnąć tzw. zastępowalność pokoleń, czyli po prostu utrzymać populację, musi on dobić do wartości 2,1. Takiego deficytu nie da się zredukować własnymi siłami – piramida populacyjna jest już zaburzona. Choćby nie wiadomo jak zachęcone politycznie i finansowo, Niemki same nie urodzą tyle dzieci, by naród utrzymał liczebność. Potrzeba wsparcia z zagranicy.

W dodatku, co mocno wybrzmiewa w analizach Nadava Eyala, nie będzie to już ta „bliższa” zagranica. Niemcy nie dadzą rady załatać dziury pracownikami z Polski, Czech, krajów bałtyckich czy byłych republik jugosłowiańskich, bo ich też jest już za mało. Nie mówiąc o tym, że każdy kraj Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej ma własne problemy populacyjne. Oprócz niżu demograficznego i niskich wskaźników zastępowalności mierzą się z masową emigracją, co przekłada się na pustynnienie niektórych obszarów. Od upadku komunizmu Łotwa, Rumunia i Bułgaria straciły według różnych szacunków od jednej piątej do jednej czwartej populacji. Proces ten przyśpieszył zwłaszcza po rozszerzeniu Unii Europejskiej w 2004 r. Również te mniej zamożne państwa Europy wpadły w pułapkę demograficzną, ich obywateli także zaraz będzie za mało, by nieść na swoich barkach przyszłość całego kraju.

Starzenie się społeczeństw jest oczywiście problemem samym w sobie, ale warto przyjrzeć się naturze problemu nieco głębiej. Nie tylko brak rąk do pracy jest tutaj niepokojący. Coraz starsza populacja wymaga coraz intensywniejszej opieki, w tym medycznej. W Niemczech już teraz liczba wakatów w zawodach pielęgniarskich, medycznych i opiekuńczych wynosi 100 tys. W dodatku utrzymywanie tylu seniorów jest kosztowne i trudne merytorycznie, zwłaszcza dla lekarzy. Dawniej znacznie mniej ludzi dożywało sędziwego wieku, m.in. z powodu wyższej śmiertelności na bardzo wiele schorzeń teraz w pełni uleczalnych.

Ta zmiana oznacza jednak, że dzisiejszy pacjent w zaawansowanym wieku to pacjent przeleczony, często kilkukrotnie operowany, zażywający wiaderka leków. Takiej osobie znacznie trudniej przygotować plan leczenia, dobrać kolejne lekarstwa. Leczenie starszych pacjentów wymaga czasu i ciągłego dokształcania, dlatego dla medycyny to szczególne wyzwanie.

W innych dziedzinach gospodarki nie jest wcale lepiej, ale tutaj Niemcy już niczym nie odróżniają się od chociażby USA (15% populacji powyżej 65. roku życia już w 2030 r.), Kanady (16%), Wielkiej Brytanii czy Francji (po 18%). Rewolucja technologiczna wymusza ruchy tektoniczne na rynku pracy, kształcenie specjalistów do zawodów, których jeszcze nie wymyślono.

Brakuje zatem nie tyle pracowników, ile pracowników przyszłości. Z punktu widzenia krajów rozwiniętych wskazane jest więc nie tylko przyjmowanie migrantów, ale też ściąganie ich do siebie w jak najmłodszym wieku. U siebie często nie mają stałego dostępu do edukacji, a nawet jeśli się kształcą, to z reguły na niższym poziomie niż ich rówieśnicy z Europy i Ameryki Północnej. Z czysto utylitarnego punktu widzenia bogata Północ powinna przyjmować przede wszystkim migrujące dzieci.

Japonki nie chcą rodzić

Niemcy jeszcze jakoś sobie radzą. Znacznie gorzej wygląda sytuacja innego „superstarego” społeczeństwa – Japonii. W 2030 r. odsetek mieszkańców w wieku co najmniej 65 lat wyniesie 26,5%, informuje serwis CNN Money na podstawie danych ONZ. Już teraz takich osób jest tam 36,4 mln, co roku grupa ta powiększa się o 200 tys. Aż 9 mln pozostaje aktywnych zawodowo, większość dlatego, że po prostu musi, bo nie utrzyma się z niskich emerytur. Przyrost naturalny – 1,36, prawie o całe jedno dziecko na kobietę za mało, żeby społeczeństwo nie zawaliło się od środka. W dodatku Japonki nie rodzą także z przyczyn kulturowych. W kraju wciąż dominuje model rodziny nuklearnej opartej na małżeństwie, wolnych związków praktycznie nie ma. A żeby małżeństwo zawrzeć, trzeba mieć odpowiednie zaplecze materialne.

Młodzi Japończycy zapracowują się prawie na śmierć, żeby zarobić na ślub – zanim jednak to osiągną, ich okno płodności często się zamyka. Japonki z kolei próbują się emancypować i szukają szczęścia w karierze zawodowej. Dziecko na rynku pracy może tylko przeszkodzić, bo wypycha z obiegu, do którego potem trudno wrócić. Po powrocie czekałaby je najpewniej praca maksymalnie na pół etatu, i to na niższym szczeblu niż ten, z którego odchodziły.

O migracji zarobkowej nie ma w Japonii właściwie mowy. Bariera językowa jest gigantyczna, a dodatkowo wzmacnia ją kulturowa hermetyczność i niechęć do obcych. Przybysze z innych krajów nazywani są tu gaijin, ludźmi z innych krajów, co ma często pejoratywny wydźwięk. A nawet jeśli pojawią się tu imigranci z pobliskich krajów, np. Korei Południowej, odbijają się od resentymentów historycznych. Japonia polityki migracyjnej nie prowadzi w ogóle, czym strzela sobie w stopę.

Pięciu emerytów na dziecko

Każde ze starzejących się społeczeństw ma ten sam problem, choć ugruntowany w innych warunkach politycznych i kulturowych. We Włoszech w 2020 r. na jedno dziecko przypadało już ponad pięciu emerytów, podczas gdy w 1970 r. stosunek ten wynosił jeden do jednego. Tam migrantów nie brakuje, problemem jest brak systemowego podejścia do ich integracji w społeczeństwie. Najczęściej granicę przekraczają na południu i wielu tam zostaje, a to region i tak strukturalnie kulejący, niedofinansowany, osierocony przez państwo. Południe Włoch niewiele ma do zaoferowania migrantom, bo samo ma niewiele. A to z kolei nakręca spiralę negatywnej percepcji przybyszów, opowieści o gwałtach, przestępczości, teorii takich jak Wielka Wymiana. Grecja, drugi najstarszy (średnio) naród Unii Europejskiej, nie jest z kolei w stanie zatrzymać migrantów na dłużej. Nawet jeśli tu trafiają, idą na północ. Najczęściej do Niemiec, rzadziej do krajów skandynawskich.

A jest jeszcze druga strona migracyjnego równania – kraje, z których migranci wyjeżdżają. Stephen Smith, afrykanista z amerykańskiego Uniwersytetu Duke’a, prognozuje, że w ciągu najbliższych trzech dekad do Europy przyjedzie 150 mln młodych mieszkańców Afryki, głównie jej subsaharyjskiej części. Dla Starego Kontynentu to życiodajny zastrzyk, dla Afryki – prawdopodobnie gwóźdź do trumny. Wyjadą bowiem ci najlepsi, najzdolniejsi, najbardziej przedsiębiorczy. Wydrenowane z talentów ubogie kraje stracą kapitał ludzki i szansę na zniwelowanie dystansu do globalnej Północy. Afryka, zamiast się rozwijać, stanie w miejscu.

Inni eksperci każą pamiętać, że Południe nie jest populacyjną studnią bez dna. W miarę polepszania się opieki zdrowotnej i dostępu do edukacji i tam udaje się zapanować nad wzrostem liczby ludności. Dane Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pokazują to wyraźnie. Każdy rok spędzony w szkole przez nigeryjską dziewczynkę statystycznie przekłada się na urodzenie przez nią 0,25 dziecka mniej. Cztery lata edukacji dają więc mniej liczną rodzinę. Osiem lat – znacząco mniejszą.

Kryzys populacyjny ma zatem różne oblicza, nie zawsze manifestuje się w formie deficytu młodych. Starzenie się bogatej Północy jest już jednak faktem, tak samo jak potrzeba przyjmowania migrantów, by utrzymać zachodnie gospodarki. Z matematycznego rachunku wychodzi więc, że Wielka Wymiana częściowo okaże się prawdą, choć nie w takiej formie, jaką opisują radykałowie. Nawet oni będą musieli ją zaakceptować, w przeciwnym razie ich społeczeństwa po prostu przestaną istnieć.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Shutterstock

Wydanie: 8/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy