Tag "Ludwik Stomma"
Ciemnogród
Wiadomość dla mnie przerażająca: „Sąd Najwyższy uchylił wczoraj prawomocną rejestrację Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej. Sąd orzekł, że nie ma narodu śląskiego” („Gazeta Wyborcza”, 6 grudnia 2013 r.). Znalazłem tę informację na dole czwartej strony „Gazety”. W innych dziennikach nie było jej zgoła. Tymczasem powinna widnieć na tytułowych szpaltach. Bo oto dzieje się rzecz niebywała – jacyś urzędnicy wymiaru sprawiedliwości uzurpują sobie prawo do stanowienia, kim jestem. Na jakiej podstawie? Antropologia kultury uczy
O Lancelocie
Lat temu 13 pisałem o Karolu Modzelewskim w „Poczcie polityków polskich”: „Jest w nim może jakaś naiwność, jest może doktrynerstwo nawet, ale jest też ta wierność sobie, przed którą my, ludzie omotani oportunizmami dnia codziennego, stajemy oniemiali. Najpierw nam głupio, a nawet trochę przykro, zgaga nas męczy, żeśmy nie potrafili. Potem jednak zdajemy sobie sprawę, że możemy powiedzieć bachorom – popatrzcie, można i tak. Karol Modzelewski często mnie swoimi wystąpieniami
Rodak rodakowi wilkiem
We Francji młode środowisko emigracyjne zacząłem, z małymi wyjątkami, wymijać łukiem Po ogłoszeniu stanu wojennego fundacja Forda zorganizowała pokaźną pomoc dla Polaków. Natychmiast ustawiła się kolejka. Pieniądze wręczane były za friko. Wystarczył tylko późniejszy list z podziękowaniem i ewentualnym rozliczeniem kosztów, na które pieniądze zostały wydane. Annette [Laboray, przedstawicielka fundacji Forda – przyp. red.], tonąc w buchalterii, wezwała mnie na pomoc, tym bardziej dla niej istotną, że pieniądze od tysiąca aż po kilka tysięcy
Koniec Paryża
Paryż jest coraz droższy. Nie w sensie „drogi, kochany mój Paryżu”, ale najprzyziemniej finansowym. O cenach kupna i wynajmu mieszkań bądź podatkach lokalnych nie warto nawet wspominać. Mała czarna w kawiarni koło Sorbony kosztuje trzy razy więcej niż w moim miasteczku 50 km od stolicy. Studentów na nią nie stać. Jedna po drugiej bankrutują więc urocze kawiarenki. Dzielnica Łacińska nie jest już azylem żaków, choć jeszcze zipie jakąś ostatnią resztką szaleństwa. Do Francji, jak zresztą i do Rzeczypospolitej,
O jedno dno za daleko
W 1967 r. z grupą przyjaciół (nadaliśmy sobie nazwę Weekend Club, w skrócie WC – takie było nasze ówczesne poczucie humoru) wybraliśmy się na pieszą wędrówkę z „Krościenka w Pieninach do Krościenka w Bieszczadach”. Na infrastrukturę w owych czasach nie można było liczyć, więc w plecakach, na karkach, nieśliśmy namioty, materace dmuchane, puszki z tuszonką, pieczywo, masło, apteczkę, pałatki… W sumie było to grubo ponad 30 kg na osobę. Przy podchodzeniu na Lackową (997 m n.p.m. – najwyższy szczyt Beskidu
Fałszywe piórka „liberała”
W „Polityce” (nr 41/2003) wywiad z Michałem Kamińskim. „Polityka” zapomniała najwyraźniej, jak to pan Kamiński jeździł do Londynu, żeby złożyć swoje wyrazy solidarności krwawemu dyktatorowi, mordercy Augustowi Pinochetowi. Janina Paradowska uznała to zapewne za grzech młodości rozmówcy, ja nie. Dopóki pan Kamiński nie odszczeka i nie przeprosi za to, co było, powiedzmy sobie szczerze, urąganiem prawom człowieka, sprawiedliwości i krwi ofiar, nie jest dla mnie jako demokrata i rozmówca o tejże demokracji jakimkolwiek partnerem. Fakt, że został posłem europejskim
PS do felietonu Jana Widackiego
Zgadzam się w pełni z tezami felietonu Jana Widackiego „Gdy dwa razy dwa równa się kaloryfer” („P” nr 39). Żałuję tylko, że nie postawił kropki nad i. Mój wielki przyjaciel Grześ Miros jest specjalistą w dziedzinie budowy tuneli i metra w konsekwencji. Ponieważ krew go zalewa na widok braku kompetencji i zdrowego rozsądku w tej mierze, w długie wspólne wieczory wyżołądkowywał się przede mną na ten temat. W ten sposób poznałem rudymenty jego pracy i mogę nawet powiedzieć, z pełnym
A to Polska właśnie
Sherry brandy Przeczytałem teraz, jednym tchem, świetnie napisane wspomnienia Mieczysława Jałowieckiego „Na skraju imperium” (Czytelnik, 2012). Wszystkich interesujących się historią II Rzeczypospolitej, ale także kwestią tożsamości Polaków lub dziejów Wolnego Miasta Gdańska (niemały rozrzut tematów), do tej lektury stanowczo namawiam, aczkolwiek… Zacznijmy od „aczkolwiek”. Dzieckiem będąc, wysłuchałem opowieści taty, który zaczerpnął ją od dziadka, jak to Ignacy Daszyński wyjeżdżał z Krakowa na obrady parlamentu ck austro-węgierskiego. Na dworzec odprowadzały go tłumy robotników śpiewających
O Jerzym Urbanie na osiemdziesiątkę
Na początku lat 80. znajomi przysyłali mi do Paryża wycinki z prasy relacjonujące konferencje prasowe Jerzego Urbana. Mniejsza o ich intencje, w każdym razie uważali, iż rzecz jest na tyle ciekawa, że winienem z nią się zapoznać. Taka też była. Minęło circa 30 lat, czas wystarczający na niezacietrzewione spojrzenie z dystansu. Największym może szokiem i przyczyną mojego integralnego sprzeciwu wobec propagandy Edwarda Gierka było to, co wyczytałem w podziemnej „Czarnej księdze cenzury”. Okazało się, że w naszym świecie
Orzeł i Marianna
Francja jest jedynym krajem w Europie nieposiadającym oficjalnego herbu państwowego. Żadnego ścierwojada, który łączy Rzeczpospolitą (pomijając kolory i liczbę głów) ze wszystkimi jej złowieszczymi rozbiorcami, żadnego gryfa ani jednego lwa… Wynika to przede wszystkim z wielkiego marzenia o jedności narodowej. Lilie byłyby za bardzo regalistyczne i burbońskie. Pszczoły albo orły (ścierwojady) – bonaparystyczne, rózgi liktorskie – niestosownie rewolucyjne. Jednocześnie lud jest spragniony symboli. Kibice wszelkich dyscyplin, lewicowcy i prawicowcy, pielgrzymi i sprzątaczki








