To był rząd jedności narodowej

To był rząd jedności narodowej

O gabinecie Tadeusza Mazowieckiego mało kto dziś pamięta, a jeśli już, to zwykle w kontekście negatywnym


Skład rządu Tadeusza Mazowieckiego w dniu zaprzysiężenia 12 września 1989 r.

  • Tadeusz Mazowiecki (Solidarność) – prezes Rady Ministrów
  • Leszek Balcerowicz (Solidarność) – wiceprezes Rady Ministrów, minister finansów
  • Czesław Janicki (ZSL) – wiceprezes Rady Ministrów, minister rolnictwa, gospodarki żywnościowej i leśnictwa
  • Jan Janowski (SD) – wiceprezes Rady Ministrów, minister-kierownik Urzędu Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń
  • Czesław Kiszczak (PZPR) – wiceprezes Rady Ministrów, minister spraw wewnętrznych
  • Jacek Ambroziak (Solidarność) – minister-szef Urzędu Rady Ministrów
  • Artur Balazs (Solidarność) – minister-członek Rady Ministrów
  • Aleksander Bentkowski (ZSL) – minister sprawiedliwości
  • Izabella Cywińska (Maria Cywińska-Michałowska) (Solidarność) – minister kultury i sztuki
  • Aleksander Hall (Solidarność) – minister-członek Rady Ministrów
  • Bronisław Kamiński (ZSL) – minister ochrony środowiska i zasobów naturalnych
  • Andrzej Kosiniak-Kamysz (ZSL) – minister zdrowia i opieki społecznej
  • Marek Kucharski (SD) – minister-członek Rady Ministrów
  • Jacek Kuroń (Solidarność) – minister pracy i polityki socjalnej
  • Aleksander Mackiewicz (SD) – minister rynku wewnętrznego
  • Jerzy Osiatyński (Epaminondas Jerzy Osiatyński) (Solidarność) – minister-kierownik Centralnego Urzędu Planowania
  • Aleksander Paszyński (Solidarność) – minister gospodarki przestrzennej i budownictwa
  • Henryk Samsonowicz (Solidarność) – minister edukacji narodowej
  • Florian Siwicki (PZPR) – minister obrony narodowej
  • Krzysztof Skubiszewski (niezależny) – minister spraw zagranicznych
  • Tadeusz Syryjczyk (Solidarność) – minister przemysłu
  • Marcin Święcicki (PZPR) – minister współpracy gospodarczej z zagranicą
  • Witold Trzeciakowski (Solidarność) – minister-członek Rady Ministrów
  • Franciszek Wielądek (PZPR) – minister transportu, żeglugi i łączności

Sezon sierpniowo-wrześniowy to w polityce historycznej naszego państwa okres wzmożonej aktywności i patosu. Zaczyna się od rocznicy wybuchu powstania warszawskiego

(1 sierpnia), potem jest rocznica bitwy warszawskiej i zarazem Święto Wojska Polskiego (15 sierpnia), następnie rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow (23 sierpnia), która od pewnego czasu eksponowana jest nawet bardziej niż rocznica agresji niemieckiej na Polskę (1 września), ta ostatnia zaś wyraźnie blednie przy rocznicy agresji radzieckiej (17 września).

I tak się dzieje co roku, a odkąd rządzi PiS, przesłanie władzy i jej agend (zwłaszcza IPN) jest jasne: zawsze byliśmy zagrożeni z dwóch stron – przez Rosję i przez Niemcy, które działały przeciwko Polsce ręka w rękę. W ten sposób Jarosław Kaczyński narzucił państwu polskiemu swoją koncepcję „kondominium niemiecko-rosyjskiego”, którym rzekomo byliśmy aż do 2015 r. i którym znów będziemy, jak tylko PiS straci władzę.

Główny problem naszej polityki historycznej polega na tym, że każda rocznica, każde upamiętnienie musi być przeciw komuś. Oczywiście najłatwiej upamiętniać przeciwko Rosji: zabory, powstania, wojnę z bolszewikami, Katyń, łagry i całą PRL, a jakby tego było mało, nasi pomysłowi „historycy” stworzyli pojęcie „hołdu ruskiego”, który miał złożyć car Wasyl Szujski z braćmi królowi polskiemu w 1611 r. (cóż z tego, że profesjonalni badacze dziejów zaprzeczają takiemu faktowi, skoro można o nim przeczytać nawet w podręcznikach do szkoły podstawowej).

Równie łatwo znaleźć w naszej historii elementy, które uderzałyby w Niemców: od bitwy pod Cedynią (której znaczenie od dawna jest mocno przeceniane), przez Grunwald i hołd pruski (choć Krzyżacy nie reprezentowali państwa niemieckiego, był to katolicki zakon podległy papieżowi), po Bismarcka i Hitlera. Ale przecież tak samo instrumentalnie „polityka historyczna” wykorzystuje różne okazje, by pokazać naszą moralną wyższość nad Ukraińcami, Litwinami, Białorusinami, a nawet Francuzami czy Anglikami.

I rzecz najbardziej zdumiewająca: te rocznice, których nie da się wykorzystać przeciw sąsiadom, wrogom zewnętrznym albo wiarołomnym sojusznikom, służą atakowaniu jakiejś części własnego społeczeństwa i jego elit. Po to głosami PO-PiS ustanowiono święto „żołnierzy wyklętych” (1 marca), by co roku oficjalnie delegitymizować Polskę Ludową, ludzi wywodzących się z PZPR i „resortowe dzieci”. Nie inaczej wyglądają obchody Święta Konstytucji 3 Maja: prawicowa władza bez żenady obsadza swoich przeciwników w roli współczesnych targowiczan, a siebie kreuje na niezłomnych patriotów i reformatorów państwa (choć akurat ideowo coraz bliżej PiS do konserwatywnej, antyoświeceniowej i antyzachodniej targowicy). O Święcie Niepodległości szkoda nawet wspominać, skoro rządzący odstąpili dzień 11 listopada spadkobiercom ONR (czyli „polskich faszystów”, jak ich określał ostatni wybitny ideolog endecji Jędrzej Giertych) i w ten sposób symboliczna data narodzin II Rzeczypospolitej stała się okazją do chuligańskich wybryków i nienawistnego wrzasku na ulicach Warszawy.

Bez święta III RP

Charakterystyczne jest również to, że swojego święta nie doczekała się III Rzeczpospolita, co jedynie pokazuje, jak bardzo po macoszemu nasze elity traktują własne państwo. A przecież nigdy dość powtarzania: III Rzeczpospolita to trzecia polska niepodległość – po tej pierwszej, którą straciliśmy w 1795 r., i drugiej, której kres przyniosła II wojna światowa. Każdy więc, kto atakuje III Rzeczpospolitą lub domaga się jej końca (np. forsując pomysł „IV Rzeczypospolitej”), atakuje niepodległe państwo polskie, w dodatku – mimo wielu wad i słabości – państwo demokratyczne i cieszące się zewnętrznym bezpieczeństwem, co w naszych dziejach wcale nie było normą.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 38/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Polska Agencja Prasowa

Wydanie: 38/2022

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy