Fortuna odwraca się od konserwatystów

Fortuna odwraca się od konserwatystów

W wyborach samorządowych Brytyjczycy okazali nieufność wobec władzy, która łamie prawo i kłamie

W majowych wyborach samorządowych na Wyspach do obsadzenia było w sumie ponad 6,8 tys. mandatów. Każda siedziba władz lokalnych w Szkocji, Walii i dzielnicach Londynu była do wzięcia; razem z pozostałymi częściami Anglii głosowano w 200 okręgach. W wielu ostatnie wybory odbyły się w 2017 i 2018 r., kiedy Wielka Brytania należała do Unii Europejskiej, premierem była Theresa May, a Partii Pracy przewodził Jeremy Corbyn. Krajobraz polityczny Wielkiej Brytanii przeszedł od tamtego czasu ogromne przeobrażenia, ale większość kwestii lokalnych pozostaje niezmieniona. Należą do nich terminy opróżniania pojemników na śmieci, stan parków i chodników, dostęp do szpitali i bibliotek.

Tegoroczne wybory to jednocześnie werdykt dla czołowych postaci polityki – lidera konserwatystów, premiera Borisa Johnsona, i lidera Partii Pracy, sir Keira Starmera.

Armagedonu nie było

Komentatorzy przewidywali, że afera nazwana Partygate oraz kryzys wywołany rosnącymi kosztami utrzymania pogrążą partię rządzącą. Spodziewano się utraty przez nią nawet 800 mandatów radnych. Obawiano się również, że niedawne skandale w Westminsterze – zarówno łamanie reguł covidowych przez pracowników Downing Street, jak i afery obyczajowe przypisywane członkom Partii Konserwatywnej – mogą się przyczynić do obniżenia frekwencji wyborczej w elektoracie torysów. Strata rzędu 150 mandatów byłaby niezłym wynikiem, kalkulowano. Zmniejszyłaby presję na Borisa Johnsona i prawdopodobieństwo, że posłowie jego partii nie będą go chcieli jako lidera ugrupowania i, co za tym idzie, premiera.

Utrata prawie 350 mandatów w Anglii, a w całej Wielkiej Brytanii prawie 500, to około jednej czwartej miejsc do obsadzenia w radach. Nie uważa się jednak, że wyborcy „przywalili” partii rządzącej. To jeszcze nie armagedon, ale strat nie należy lekceważyć. Konserwatywni posłowie z okręgów wyborczych w stolicy i na południe od niej mogą zacząć się bać o swoje stołki – takie komentarze dominują po ogłoszeniu wyników. Prognozowany – na zlecenie BBC – wynik wyborów parlamentarnych, gdyby cały kraj zagłosował w dniu wyborów lokalnych, daje 30% Partii Konserwatywnej, czyli sześciopunktowy spadek w stosunku do przewidywań zeszłorocznych. Torysi są teraz słabsi niż kiedykolwiek, odkąd Boris Johnson zdobył większość parlamentarną 80 mandatów w wyborach z 2019 r.

Najbardziej bolesne straty ponieśli w radach uważanych za ich bastiony – w Wandsworth i Westminsterze, gdzie dotychczas polityka niskich podatków lokalnych pomagała zachować kontrolę. W dzielnicy Westminster, siedzibie budynków rządowych, opozycyjna Partia Pracy wygrała pierwszy raz w historii. Wyborcy okazali przy urnach nieufność wobec władzy, która łamie prawo i kłamie. Drugą przejętą przez laburzystów dzielnicę, Wandsworth, konserwatyści kontrolowali od 1978 r., uważana była za modelowy przykład zarządzania lokalnego od epoki thatcheryzmu, kiedy sprywatyzowano tam mieszkalnictwo komunalne. Nie udało się natomiast odebrać torysom Kensington ani Chelsea.

„Wybory lokalne nie są idealnym odzwierciedleniem pragnień całego kraju ani tego, co by się stało, gdyby teraz odbyły się wybory powszechne. Ale są one miarodajne, jeśli chodzi o sytuację dwóch głównych partii, które zabiegają o rządzenie nami wszystkimi”, pisze Laura Kuenssberg, komentatorka BBC.

Premier Johnson nie okazał zdenerwowania, nawet kiedy z godziny na godzinę stawało się jasne, że konserwatyści tracą w tych okręgach, gdzie mogli czuć się bezpiecznie. W kampanii wyborczej znaczna część kandydatów z ramienia PK zrezygnowała z umieszczania w ulotkach swojego zdjęcia z Borisem Johnsonem, uznając je za pocałunek śmierci. Zamiast tego podkreślali, jak bardzo lokalna jest Partia Konserwatywna, i usiłowali odciąć się od polityki krajowej. Premiera wysłano na spotkania wyborcze do okręgów, gdzie torysi mają pewną większość, a i tak nie uniknął wpadki. Spytany o komentarz do historii Elsie, 77-letniej emerytki, która całe dnie jeździła autobusami – za darmo – żeby ograniczyć koszty ogrzewania swojego mieszkania, premier nie miał wiele do powiedzenia, poza tym, że to on wprowadził darmowe przejazdy dla emerytów. Przywódcy gminnych rad, którzy stracili zaufanie wyborców, usiłowali łączyć swoje przegrane z fatalnym wizerunkiem premiera Johnsona. Jednak wyraźnych sygnałów, że toryscy buntownicy idą po niego, nie było i nadal nie ma.

„W Szkocji i Walii konserwatyści również są w odwrocie. Ale to za mało, aby spodziewać się eksplozji na Downing Street – ocenia Kuenssberg. – Po 12 latach rządów takie straty w połowie kadencji nie są bezprecedensowe”.

Nic o nas bez nas

Spadek poparcia dla konserwatystów nie przełożył się bezpośrednio na awans Partii Pracy. Jej prognozowany wynik w wyborach powszechnych na podstawie wyników z wyborów lokalnych to 35%, o 6 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku, ale tyle samo miała PP w 2018 r., kiedy Jeremy Corbyn był jej liderem. Partia Pracy utrzymała dominację w Londynie i zapewniła sobie niewielkie zyski w południowej Anglii, tracąc w północnej na rzecz konserwatystów. Ponad 50 mandatów netto to raczej odzwierciedlenie spadku poparcia dla konserwatystów niż autorski sukces wyborczy laburzystów.

Upadek konserwatystów pomógł natomiast Liberalnym Demokratom, którzy zyskali 200 mandatów netto i prognozowany wynik 19% w krajowych wyborach. Najmniej oczekiwanym sukcesem było zdobycie przez Zielonych ponad 50 mandatów, czyli ponaddwukrotne zwiększenie ich reprezentacji w radach. Partia Zielonych zdobyła średnio 12% poparcia w tych okręgach, w których stanęła do walki.

W Szkocji po raz pierwszy od 2016 r. Partia Konserwatywna zajęła trzecie miejsce za Partią Pracy, podczas gdy proniepodległościowa Szkocka Partia Narodowa (SNP) i Zieloni poczynili postępy. „To na pewno nie pomoże torysom bronić jedności Królestwa”, przyświadcza prof. John Curtice. SNP po tylu latach dominacji na scenie politycznej zagrała kolejny świetny akt. Pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon będzie w dalszym ciągu zabiegać o referendum niepodległościowe, chociaż poparcie dla tej idei od roku utrzymuje się na poziomie poniżej 50%, z wyjątkiem tygodni, kiedy media pisały o Partygate na Downing Street.

Partia Pracy nie posuwa się wystarczająco daleko ani szybko, by mieć pewność, że jest na dobrej drodze do przeprowadzki na Downing Street, podsumowuje Laura Kuenssberg. Mówi się, że lider PP sir Keir Starmer i jego zespół zatrzymali proces rozkładu partii, który rozpoczął się pod rządami Jeremy’ego Corbyna, ale może im nie starczyć pasji, by sięgnąć po zwycięstwo w wyborach powszechnych. W procesie wychodzenia z „długiego Corbyna” (ang. long Corbyn, analogicznie do „długiego covidu”, long Covid) na pewno pomoże zwycięstwo laburzystów w Barnet, gminie w północno-zachodniej części Wielkiego Londynu. Konserwatyści rządzili w niej lub byli największą partią od 1964 r. Mieszka tam duża społeczność żydowska, co pokazuje, że w oczach wyborców Starmer rozwiązał problem antysemityzmu w partii, obciążającego ją za czasów Corbyna.

Polacy głosują

Wielka Brytania dzieli się administracyjnie na Anglię, Szkocję i Walię, a skład Zjednoczonego Królestwa dopełnia Irlandia Północna. Każdy z czterech krajów ma odrębny system samorządu terytorialnego, bez konstytucyjnej gwarancji niezależności. Parlament brytyjski dysponuje prawie nieograniczoną władzą nad administracją lokalną i decyduje, które sprawy przekazać w jej ręce. Mimo to silna i niezależna władza samorządowa ma duże tradycje w społeczeństwie brytyjskim, pogłębione przez więzi, które rozwinęły się lokalnie podczas pandemii koronawirusa.

Janusz Karp, szef kuchni w tradycyjnym angielskim pubie, działacz banku żywności przy klubie piłkarskim AFC Wimbledon: „Jestem zakochany w dzielnicy Wimbledon, gdzie mieszkam od pięciu lat. W Anglii jestem od 2009 r. Głosuję, bo imigranci ciężko pracują, płacą podatki i mają prawo decydować, kto będzie reprezentował ich interesy lokalnie. Najważniejsze tematy: zachowanie posterunku policji i zatrzymanie planów rozbudowy kortów tenisowych poprzez wykarczowanie części Wimbledon Park. Głosuję na Liberalnych Demokratów. Liderem LD lokalnie jest Paul Kohler. Do polityki trafił późno i, niestety, w pewnym sensie przez czterech Polaków, którzy w 2014 r. napadli go w domu i ciężko pobili. Przeżył, gdyż policja nadjechała w ciągu dwóch minut z pobliskiego komisariatu. Przeszedł kilka operacji rekonstrukcji twarzoczaszki. Kohler nie żywi urazy do swoich oprawców, jednego z nich odwiedził w więzieniu. Ma żal do probrexitowej formacji UKIP za szczucie na imigrantów. W mojej komisji wyborczej (Wimbledon Town & Dundonald) wygrało ze znaczącą przewagą trzech kandydatów LD, 500 m dalej, w komisji Wimbledon Village, wygrali trzej konserwatyści. Tam mieszka i głosuje bogata, stara Anglia. Moim zdaniem afery w rządzie i w Partii Konserwatywnej miały nie mniejszy wpływ na wyniki wyborów lokalnych niż lawinowy wzrost kosztów życia. Mam nadzieję, że dla torysów nadszedł czas zapłaty za brexit – największe oszustwo polityczne świata. Liczę na historyczną zmianę w polityce”.

Agnieszka Łokaj, Programme Support Officer w jednej z lokalnych gmin, prezeska Lewisham Polish Centre: „Nie wszędzie na świecie ludzie mogą wpływać na decyzje, które ich bezpośrednio dotyczą. Mój głos to moja siła, jeśli chcę coś zmienić. Tego uczę moje dzieci, które zawsze zabieram na głosowanie. Miałam kontakt z osobami, na które oddałam głosy. Nie głosowałam na przedstawicieli jednego ugrupowania; w samorządach powinno się dążyć do dywersyfikacji. Politycy są obecnie odklejeni od rzeczywistości ludzi takich jak ja. Wymuszają decyzje na samorządach, obcinając im finansowanie. To rzutuje na opinię ludności o serwisach lokalnych, niszczy relacje z władzami lokalnymi i chęć uczestnictwa w wyborach. Kandydaci, na których głosowałam, pochodzą z różnych środowisk, także imigracyjnych i mniejszości etnicznych. Uważam, że wszystkie zmiany zaczynają się oddolnie. W sprawach lokalnych ważne jest dla mnie bezpieczeństwo, zasoby mieszkaniowe, zadbane parki i zielone przestrzenie oraz szkolnictwo. Głosowałam w Lewisham, okręg Downham”.

Ewa McKee, socjolożka i dziennikarka: „Mieszkam w Glasgow i Warszawie. Głosuję w wyborach lokalnych zarówno w Polsce, jak i w Szkocji. Nic o nas bez nas. Jestem za ideą silnego państwa obywatelskiego, małych ojczyzn, samorządności. W Szkocji głosuję na SNP i Zielonych (przy kandydatach stawia się cyfrę oznaczającą kolejność wyboru). Chciałabym, żeby Szkocja była niepodległa, i dlatego wspieram partie niepodległościowe. Niestety, duże rozdrobnienie w radach i brak zdecydowanej większości powodują, że dominują rozgrywki partyjne zamiast skutecznego zarządzania miastem. Zależy mi na tym, aby w Glasgow lepiej zarządzano inwestycjami i planowaniem przestrzennym. Miasto jest trudne do poruszania się dla osób niepełnosprawnych. Rzeka Clyde, niegdyś jego oś gospodarcza, to niewykorzystany potencjał rekreacyjny i przyrodniczy. Najpilniejszą sprawą jest dla mnie wywożenie śmieci zgodnie z harmonogramem, co niestety nie jest tu oczywiste. Władze lokalne powinny wprowadzić zbiórki odpadów zielonych z ogrodów; obecnie każdy zobowiązany jest usuwać je na własną rękę, czyli jedni wywożą je do kompostowników, drudzy w pobliskie zarośla. Na ulicach i w parkach jest brudno, leżą resztki jedzenia i opakowania po nim. Rozwiązanie problemu śmieciowego byłoby dobrym startem nowej kadencji”.

z.muszynska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AFP/East News

Wydanie: 21/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy