Modlitwa o deszcz i błoto

Modlitwa o deszcz i błoto

Wojny mają swoje uniwersalne reguły

Początek 1807 r. przyniósł wojskom Napoleona pchniętym na polskie ziemie wytchnienie. Cesarz ogłosił pauzę operacyjną i posłał żołnierzy na zimowe kwatery. Innego wyjścia nie miał – umęczeni wiarusi niespecjalnie już nadawali się do walki. Za nimi były nie tylko liczne bitwy i potyczki z Rosjanami, ale też nie mniej wyczerpujące zmagania z… błotem. Francja już w tamtym czasie mogła się pochwalić gęstą siecią utwardzonych dróg, więc francuscy żołnierze nie byli przygotowani na realia komunikacyjne dawnej Rzeczypospolitej. W przerażającym błocie tonęły przede wszystkim działa, których zabrakło np. pod Gołyminem, gdzie armia Bonapartego starła się z siłami księcia Golicyna. Rosjanie, choć pobici, zdołali umknąć – w innych okolicznościach przyrody najpewniej zostaliby zdziesiątkowani ogniem artyleryjskim. Zapewne nikt ze współczesnych nie przewidywał wtedy, że błotne zapasy to zaledwie przedsmak piekła, jakie czeka cesarską Wielką Armię w kampanii rosyjskiej w 1812 r. Kampanii – głównie przez błoto i mróz – sromotnie przegranej.

Bitewne rozlewisko

Jeśli chodzi z kolei o zmagania z lat 1914-1918, to zachodniocentryczna wizja zdominowała ich potoczne postrzeganie. Nawet w naszej części Europy I wojna światowa to nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym entourage’u, odpowiedzialnym za wysoce śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 r., solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 r. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem. Rosjanom utrudnił ucieczkę, nie tak skutecznie jednak, jak Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 r. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, planując operację Barbarossa. Przewidywano, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, czyli większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o klęsce Niemców pod Moskwą, do której najeźdźcy dotarli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 r. rozległe obszary Rosji, Białorusi i Ukrainy z powodu deszczu tonęły w błocie, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały uderzeniowe armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta na transporcie konnym logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. I stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku.

Czterech jeźdźców

W języku rosyjskim warunki pogodowe sprzyjające powstawaniu błota doczekały się własnej nazwy: rasputica. To swoisty dowód uznania dla skutków rasputicy. Doniosłość jej znaczenia militarnego jest odczuwalna raz na jakiś czas, na co dzień to po prostu paskudna niedogodność rzutująca na życie milionów ludzi. W ZSRR zjawisko to odcinało od świata ok. 40% wiosek w europejskiej części kraju. Potężne imperium nie było w stanie zbudować przyzwoitej sieci dróg, w związku z czym dwa razy do roku gruntowe w większości szlaki stawały się trudno- lub w ogóle nieprzejezdne. Po rozpadzie ZSRR sytuacja nie zmieniła się w istotny sposób – rasputica nadal dokucza Rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Ta jesienna, wywołana intensywnymi opadami deszczu, rozpoczyna się w połowie października, kończy miesiąc później wraz z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza na głębokość metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie. Jej wytopienie rozmiękcza grunt, co prowadzi do powstania grząskiego błota, głębokiego nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

W marcu tego roku w takim błocie utopiło się mnóstwo rosyjskich czołgów, biorących udział w inwazji na Ukrainę. Świat obiegły wówczas zdjęcia porzuconych wozów, będące kolejnym dowodem fatalnego planowania w rosyjskiej armii. Rasputica nie powinna była zaskoczyć Rosjan – żyją z nią od wieków. Generałowie z Moskwy doskonale też wiedzieli, że na obszarze między Ukrainą a Białorusią dominują bagna i mokradła. I że podczas odwilży teren ten będzie nieprzejezdny. Jeśli chcieli zacząć wojnę zimą, należało to zrobić do połowy lutego, podczas największych mrozów. Atak tymczasem nastąpił kilkanaście dni później, na najbardziej priorytetowym kierunku, akurat przez „królestwo rasputicy”. Media ochrzciły ją wtedy mianem „jednego z czterech jeźdźców armii ukraińskiej”, obok pocisków Javelin i Stinger oraz platform społecznościowych (gdzie Ukraińcy toczą skuteczną wojnę informacyjną).

Rasputica obnażyła jeszcze inną słabość rosyjskiego wojska – fakt, że korzysta ono z kiepskiej jakości ogumienia. Przekłada się to na poważne kłopoty z transportem i logistyką – tym większe, im gorsza pogoda. W czasach radzieckich przemysł oponiarski produkował solidne opony, sprawdzające się w każdych warunkach atmosferycznych. Ale to już pieśń przeszłości, także z powodu sankcji gospodarczych, uniemożliwiających Rosji import niezbędnych narzędzi i komponentów do produkcji. W praktyce oznacza to, że ziły i kamazy jeżdżą na oponach importowanych z zaprzyjaźnionych krajów. W użyciu są m.in. chińskie Yellow Sea YS20, czyli kiepska kopia doskonałej skądinąd wojskowej opony Michelin XZL. Podróbka ściera się setki razy szybciej niż oryginał, zwykle wystarcza na pojedynczy przejazd z bazy logistycznej w Rosji do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów zgrupowania własnych wojsk. Rosjanie korzystają też z białoruskich opon Belshina Bel-95, np. do ogumienia ciężarówek będących nośnikami niezwykle kosztownych systemów przeciwlotniczych Pancyr. W marcu br. jeden z takich kamazów nie był w stanie samodzielnie wydostać się z błotnej pułapki. Rosjanie wóz porzucili, Ukraińcy puścili go z dymem.

Generał Mróz

Nie tylko w ocenie mediów, ale i zdaniem wojskowych analityków pogoda i wywołane nią komplikacje w sposób istotny przyczyniły się do ukraińskiego zwycięstwa w bitwie o Kijów. Wiosenna rasputica zagrała wtedy w jednej drużynie z Ukraińcami. Komu przysłuży się ta jesienna? Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim z początku września oraz wcześniejsze „mielenie” rosyjskiego zaplecza logistycznego i systemu dowodzenia przy użyciu precyzyjnych systemów artyleryjskich, głównie amerykańskich wyrzutni HIMARS, sprawiły, że na froncie Rosjanie stracili inicjatywę operacyjną. Nadal, przy użyciu broni strategicznej, mogą razić cele w całej Ukrainie, bez większego ryzyka symetrycznej odpowiedzi. Tyle że nie przekłada się to na sytuację ich wojsk bezpośrednio zaangażowanych w walkę. Obecnie zdolne są one do prowadzenia niemal wyłącznie operacji obronnych (w skali frontu pojedyncze akcje zaczepne nie mają większego znaczenia). Od chwili szokującej porażki pod Charkowem rosyjscy generałowie modlą się o deszcz i błoto, zakładając, że dzięki temu ukraińska presja wyhamuje. A to pozwoli im przegrupować wojsko, uzupełnić stany osobowe i zapasy. Z tym jednak może być niemały problem, bo po rosyjskiej stronie linii frontu w Donbasie jest niewiele solidnych szlaków komunikacyjnych. Z konieczności więc uzupełnienia będą musiały pójść głębszym zapleczem, przez tereny Rosji – co istotnie wydłuża drogę.

Na tym etapie wojny wydaje się, że Kreml chce ją przeciągnąć przez zimę. Licząc, że niskie temperatury dadzą się we znaki zachodnim Europejczykom. Zmarznięci obywatele Unii zażądają od swoich rządów powrotu do taniej rosyjskiej energii, co będzie możliwe wyłącznie po zawieszeniu wsparcia wojskowego dla Ukrainy. A odcięci od „zachodniej kroplówki” Ukraińcy nie będą w stanie długo się bronić. I tak pogoda znów ocali Rosję, kalkuluje Putin. Rasputica to jedno, ale i generał Mróz ma przecież niemałe w tym zasługi…

m.ogdowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Wydanie: 41/2022

Kategorie: Wojsko

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy