Polityczne wzloty, upadki, nadzieje i rozczarowania roku 2019

Polityczne wzloty, upadki, nadzieje i rozczarowania roku 2019

Rok 2019 minął jak z bicza strzelił. Wiele się działo. I wiele się zmieniało.

Zaczęło się wszystko od wyborów do Parlamentu Europejskiego i pomysłu, że naprzeciw PiS stanie zjednoczona opozycja, od lewicy po PSL i prawicową część PO. W praktyce wyglądało to tak, że naprzeciw Jarosława Kaczyńskiego stanął Grzegorz Schetyna i już było wiadomo, że sukcesu opozycja mieć nie będzie.

Ale oprócz tych dwóch brygad pancernych mieliśmy w wyborach Wiosnę Roberta Biedronia – jego autorski projekt, który z niczego zebrał wtedy ponad 6%. Mało? Dużo! To była noga wsadzona w drzwi, sygnał, że jest licząca się grupa wyborców, którzy mają dość wojny PO z PiS, tych wszystkich jej uproszczeń, i gotowi są głosować na program progresywny. Tak oto Robert Biedroń obudził przysypiających i coraz bardziej apatycznych wyborców lewicy, co chwilę potem okazało się kwestią przełomową.

Bo zaraz po eurowyborach mieliśmy parę tygodni milczenia, a potem decyzję PO, że zrywa koalicję wyborczą z SLD. I decyzję PSL, że też nie idzie z Platformą, tylko buduje własny komitet. Z jednej przegranej Koalicji Europejskiej wyskoczyły trzy siły, każda w swoją stronę.

Najważniejsze nastąpiło na lewicy – Wiosna, Razem i SLD zawiązały wspólny front i wspólnie poszły do wyborów.

13 października mieliśmy wielkie sprawdzam. Wybory wygrało PiS, wprowadzając do Sejmu 235 posłów. To wystarczy, by rządzić, choć ta większość jest niewielka i będą zapewne momenty, kiedy uda się ją przełamać. Z kolei w wyborach do Senatu wygrała opozycja, ale też ma tam większość minimalną, jednego głosu. Tak czy inaczej, Jarosław Kaczyński takiego komfortu jak w poprzedniej kadencji już nie ma.

A lewica? Zdobyła 12,6% głosów, wprowadziła 49 posłów. Jej klub jest zupełnie inny niż kiedyś klub SLD czy Ruchu Palikota. Dominuje młode pokolenie, 30-latków, bez kompleksów wobec PiS czy PO. A to zapowiedź zmian. Jeszcze nie teraz, ale w niedalekiej przyszłości, może nawet szybciej, niż nam się wydaje.

W GÓRĘ

1. Adrian Zandberg – w drodze
Lew zaryczał. Dworowałem sobie z Zandberga, że jest takim nieustającym liderem lewicy in spe. Że wszyscy mówią, że ma możliwości, i na tej opinii rozmowa się kończy, bo już nie ma czego dodać. No to teraz jest. Zandberg dostał się do Sejmu, zaczął się kolegować z inną niż Razem lewicą (brawo, brawo), no i wystrzelił w Sejmie (i w studiach telewizyjnych) dobrymi wystąpieniami. Wie, czym lewica różni się od PiS, czym państwo opiekuńcze od państwa opiekuna, czym AK od „żołnierzy wyklętych”, na dodatek potrafi o tym powiedzieć. Wszyscy wiemy, że Zandberg to polityk w drodze. Za bardzo utalentowany, by pozostać w miejscu, w którym jest. Albo więc pójdzie do góry, albo znów historia rzuci go w dół jako guru paroprocentowej sekty.

Adrianie, wybór należy do ciebie!

2. Władysław Kosiniak-Kamysz – lekarz z Krakowa
Lekarz z Krakowa, prezes PSL. We wszystkich minionych kampaniach jednym z głównych celów PiS było zakopanie ludowców. Żeby ich wyeliminować ze sceny politycznej, żeby na wsi było tylko PiS i nic więcej. To się nie udało, PSL się obroniło, a Władysław Kosiniak-Kamysz był dowódcą broniącej się załogi.

Szalał w telewizyjnych debatach, przywoływał Witosa, całował po rękach biskupów (bo wieś dzisiaj religijna), zginał się jak scyzoryk. A jednocześnie budował własne skrzydło, własną chadecję, podbierając Platformie prawicowych wyborców (i działaczy). Ba, ściągając pod zielone sztandary także kukizowców, a wraz z nimi jakąś grupę wyborców z miast. I w ten sposób dość łatwo przekroczył próg 5%.

Teraz przed nim kolejny egzamin – wybory prezydenckie, no i budowa prawicowej chadecji. Czegoś między PO a PiS. Umyka to obserwatorom, ale będzie jedną z najciekawszych rozgrywek politycznych – czy ci wielcy go zaduszą, czy przeciwnie, to on ich podskubie. Zaprosi do siebie buntowników i odrzuconych. Co w perspektywie może zmienić nawet układ sejmowych sił.

3. Małgorzata Kidawa-Błońska – nabój ostatni
Jeśli chodzi o kwalifikacje polityczne, to w Warszawie rozniosła w pył Jarosława Kaczyńskiego. Pani światowa, pełna klasy. Prawdziwej. Dworek, jeden pradziadek prezydent, drugi – premier. W II RP. PiS, które przedstawia się jako genetyczni patrioci, może tylko wyć z rozpaczy.

Choć ta historia, która za nią się ciągnie, to i pomoc, i zawada. Bo nie bardzo wiadomo, co poza elegancją i pocztem przodków Małgorzata Kidawa-Błońska do polityki wnosi. Innymi słowy, póki milczy, jest OK, kłopoty mogą się zacząć, gdy zacznie się odzywać.

A teraz Platforma, partia nudna i cierpiąca w sondażach, rzuciła ją do walki z Andrzejem Dudą o prezydenturę. Jako nabój ostatni. Czy to się uda? Jak lud to kupi? To będzie ciekawe wydarzenie – Izabela Łęcka kontra technik Maliniak.

4. Jacek Sasin – cerber
Ma aparycję woźnego. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby to był argument, który zadecydował o powierzeniu mu stanowiska ministra aktywów państwowych, czyli nadzoru nad spółkami skarbu państwa, klejnotami w królestwie PiS. Teraz on, syn tokarza, wierny sługa Jarosława, a nie różni ministrowie, decyduje o losach rad nadzorczych, prezesów, o setkach posad. I to nie takich za 2 tys. zł.

Ech! Władysław Gomułka nie znosił dłuższych pobytów poza krajem, zawsze się pieklił, że jak go nie ma na miejscu, jak nie pilnuje, to zaraz mu tę Polskę zmarnotrawią i rozkradną. Jarosław Kaczyński to udoskonalił. Jako szeregowy poseł nie musi jeździć z wizytami zagranicznymi. Poza tym – ma Sasina. Tak Polska zmieniła się przez 60 lat.

Kariera Jacka Sasina pięknie ilustruje obecny stan PiS. Pokazuje, co dla rzesz działaczy i ich rodzin jest najważniejsze, jakie sprawy wzbudzają tam prawdziwe emocje, no i jacy ludzie przy Jarosławie Kaczyńskim mają szansę na karierę.

5. Konfederacja – zerwane łańcuchy
Piszę o niej bez nazwisk, bo wciąż nie wiemy, kto te grupy na prawo od PiS przejmie. Kandydatów jest wielu. Środowiska tworzące Konfederację przez lata trzymane były przez PiS na smyczy, karmiono je jakimiś resztkami z pańskiego stołu, trzeciorzędnymi posadami (dla niektórych) i szczuto na wszystkich aktualnych wrogów Jarosława. To chyba się skończyło. Konfederaci z łańcucha się zerwali. I to właśnie ich wynik wyborczy najbardziej zmartwił Kaczyńskiego.

Co dalej? Wszystko zależy od tego, kto stanie się symbolem Konfederacji. Czy pójdzie ona w stronę narodowców, czy liberałów od Korwina, czy jeszcze gdzieś indziej. Na razie konfederaci mają sejmowy wikt i opierunek i możliwość prezentowania się z trybuny. Ale mają na głowie PiS, które jeszcze nie wie, czy z nimi walczyć, czy ich podkupywać, i różnych biskupów polityków, którzy będą chcieli nimi sterować.

Jakkolwiek to zabrzmi, są przyszłością polskiej polityki. Tylko jeszcze nie wiadomo jaką.

W DÓŁ

1. Grzegorz Schetyna – spółdzielca
Jeżdżą po nim i ci z PiS, i koledzy z PO. Tak oto na własnej skórze poznaje uroki przywództwa. Nie ma zresztą czemu się dziwić – miał wygrać wybory, miał zdobyć władzę, a nie zdobył. Taka jest polityka, można tu być kłamczuchem, osobą niemoralną, niesłowną, w zasadzie każda wada jest dopuszczalna, bo każdą ludzie wybaczą. Poza jedną – nie można przegrywać. Przegranego wyrzuca się za burtę. I teraz Schetyna walczy, żeby za burtę nie wypaść. W styczniu mają być wybory przewodniczącego PO, więc rozprowadza, rozmasowuje. Platforma przegrała? Wszyscy przegraliśmy! Rozliczenia? Przecież kampania prezydencka przed nami! Najważniejsza! I tak dalej. Może zatem być różnie.

Schetynie bowiem wszystko można zarzucić: że ludzie mu nie ufają, że emocji dobrych nie wzbudza, że wdzięku ma tyle co betoniarka, ale w jednym jest mistrzem – w organizowaniu różnych partyjnych spółdzielni. No to ma pole, by się wykazać.

2. Marian Banaś – kryształ
Gdy Sejm wybrał go na prezesa NIK, posłowie PiS oklaskiwali go na stojąco. Banaś był kryształem i żelaznym Marianem, z różańcem w kieszeni. Dumą partii. Po reportażu w TVN, gdy Polska dowiedziała się o jego kamienicy z pokojami na godziny, o kumplach w złotych łańcuchach, o mieszkaniach i działkach, PiS już go nie poznaje. A Jarosław Kaczyński, by zakończyć ten wstyd, kazał mu podać się do dymisji. Ale Banaś odmówił. I twierdzi, że jest ofiarą brutalnej rozgrywki politycznej.

Jak jest naprawdę? Czy Marian Banaś to oszust, czy też niesłusznie oskarżony? Czy jest tak, jak mówi PiS dziś, czy tak jak mówiło wczoraj? O opozycji nie wspominam, bo ona do awantury nie jest dopuszczana, PiS na żadne śledztwa ani komisje w sprawie Banasia się nie godzi. Tu mamy przyjąć partyjną prawdę na wiarę i już. A dodam, że Banaś był wiele razy prześwietlany przez ABW i CBA. I co? Ktoś blokował wiedzę o nim? Na przykład przed Mariuszem Kamińskim?

Historia Mariana Banasia wiele nas uczy o rządach PiS i Polsce współczesnej. Można zbudować hotel na godziny, mówiąc, że to dom pielgrzyma. Można być kontrolowanym przez ABW i to nic wielkiego. No i nieważne, czy polityk jest czysty, czy brudny, ważne, co ludzie mówią.

3. Stanisław Karczewski – Judym naszych czasów
PiS przegrało Senat, więc Karczewskiemu zabrali rządową willę i musiał się przenieść do trzypokojowego mieszkania. Łka do dziś. Że taka spotkała go potwarz.

W PiS opowiadają o tym ze zgrozą. Poniewierka Karczewskiego jest dla nich przestrogą, co ich czeka, gdy zostaną odgonieni od władzy. O, moi drodzy, będzie gorzej!

Przyznam, że lubię Karczewskiego, zwłaszcza za jego naturalną bezczelność. Trudno przecież zapomnieć, jak strofował strajkujących lekarzy rezydentów, pouczając ich, że warto pracować dla idei. A on sam trochę wcześniej, będąc wicemarszałkiem Senatu, brał dyżury w szpitalu, kasując po 6-7 tys. zł miesięcznie. W sumie w latach 2009-2015 uzbierał 400 tys. zł. Pytany o to bronił się, mówiąc, że dla idei nie znaczy za darmo. No to już wiemy, na ile PiS wycenia ideę. Na 400 tys. zł.

4. Marek Kuchciński – marszałek upadły
Był groźny. Postawił przed Sejmem barierki, posłom wyłączał mikrofony, a dziennikarzy trzymał na zewnątrz. Był ważny. Jako marszałek Sejmu latał z Warszawy do Rzeszowa rządowym gulfstreamem a to na dożynki, a to na święto straży pożarnej, zabierając na pokład, po uważaniu, różne osoby. Czyli miał wszystkie cechy potrzebne do tego, by w województwie podkarpackim uważano go za wielką postać, łaskawego pana. I to wszystko zawaliło się w parę dni.

Kaczyński kazał mu złożyć rezygnację, ale w drodze łaski pozwolił kandydować do Sejmu. No i proszę, startując w okręgu nr 22 (Krosno), Kuchciński zebrał 61 tys. głosów, wszystkich w cuglach dystansując. Luksusów już nie ma, ale w Sejmie posłuje.

Tak to, drodzy państwo, wysłuchaliście bajki o srogości Jarosława, słabościach Marka K. i dobroci ludu Podkarpacia.

5. Beata Szydło – pod unijną flagą
Jeszcze nie tak dawno piał o niej Witold Waszczykowski, że to nasza Angela Merkel, Żelazna Dama i wszystko razem. Potem mówiono, że to ulubienica wyborców PiS. Teraz nikt nic nie mówi, Beata Szydło wyjechała do Brukseli na posadę europosła i słuch o niej zaginął. Znaczy się, wreszcie prawidłowo oceniane są jej talent polityczny i wpływy.

Tam, w europarlamencie, PiS jeszcze chciało, by została przewodniczącą Komisji Zatrudnienia i Spraw Socjalnych. Bardzo o to zabiegało. Ale Szydło dwukrotnie przegrała głosowanie i jej miejsce zajęła Słowaczka Lucia Ďuriš Nicholsonová.

Kariera Beaty Szydło dowodzi dwóch spraw. Że są momenty w polityce, kiedy ktoś mierny zostaje nagle wypchnięty do góry i ludzie przed nim padają. Ale nie trwa to długo, weryfikacja następuje szybko. Bo to, że Beata Szydło pokrzykiwała w Sejmie albo marszczyła czoło, nie czyniło jej mądrą ani władczą.

A teraz sprawa druga, czyli siła bodźców materialnych. Otóż Beata Szydło jako premier wyrzuciła z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów flagi Unii i chętnie Unię w wystąpieniach strofowała: „Europo, wstań z kolan! Obudź się!” itd. Europa się nie obudziła. Za to Szydło – owszem. Bez obrzydzenia pojechała do Brukseli i chyba bez obrzydzenia kasuje tu pod niechcianą flagą comiesięczną pensję.

NA ZERO

1. Jarosław Kaczyński – don Yaro buksuje
Niby PiS wygrało październikowe wybory, ale tak, że nie wygrało. Rządzić mu trudniej. W Sejmie nie ma sojuszników, przystawki mu wierzgają, a w kraju ludzie nie mówią, że groźne i niebezpieczne, tylko że to złodzieje i chachmęty.

Kaczyński niby wciąż jest jak król, jak don Yaro, wciąż przyjeżdżają do niego a to na Nowogrodzką, a to na Żoliborz premier, ministrowie, a on decyduje. Ale coraz mniej jest w tym wszystkim wiary, że będzie sukces, bo widać, że władza PiS buksuje, żadnych nowych elit nie ma, opozycja zaś trwa jak trwała. Ani na jotę słabsza, niż była – wręcz wzmocniona.

Publicyści chętnie przyrównują Jarosława Kaczyńskiego do Władysława Gomułki, a rządy PiS do PRL. Gdybym ja miał przyrównywać, to Gomułki tu nie widzę, to raczej środkowy Jaruzelski, rok mniej więcej 1984. Niby wszystko pod kontrolą, ale jechać tak dalej się nie da.

2. Andrzej Duda – piórko
To Jarosław Kaczyński wymyślił Andrzeja Dudę jako prezydenta i trafił w dziesiątkę. Ma teraz prezydenta, który wszystko podpisze, któremu wszystko, co robi PiS, się podoba i który wyżywa się, jeżdżąc po odpustach. Przemawia do ludu. Przekazami dnia. Wodzirej jak żywy.

A teraz nadeszły dla niego wielkie dni, bo PiS wisi na nim jak bombka na choince. Jeśli Duda przegra, to przyśpieszone wybory i cały związany z tym rejwach będziemy mieć jak w banku. Tak oto ten lekceważony w PiS długopis zyskał na wartości.

Historia Andrzeja Dudy nie jest historią od pucybuta do milionera, nie jest też historią Nikodema Dyzmy. Bo tamci jakoś się przebijali, szli do przodu, walczyli. A Duda kołysze się na fali jak piórko, tańczy, jak mu gra Kaczyński, i radośnie przy tym się uśmiecha. Obywatel Piszczyk, któremu szczęście sprzyja.

3. Zbigniew Ziobro – wychodzi na zero
Mówiło się, że po wyborach zostanie wicepremierem, ale nie został. Zmalały też jego wpływy w spółkach skarbu państwa, bo na tych łapę położył Jacek Sasin. Miał w nowym rządzie dostać więcej, ale nie dostał. Ma to, co miał – prokuraturę i sądy, i tam ma się rozpychać.

Więc to robi. To on i jego ludzie są twarzą wojny o sądy. To oni firmują ustawę kagańcową, wzorowaną – jak czytam w mediach – nie na kodeksach francuskim czy chorwackim, ale na przepisach wprost ze Związku Radzieckiego. I nikogo nie powinno to dziwić, bo o chwycenie sędziów za twarz, o podporządkowanie ich PiS w tym wszystkim chodzi, a nie o jakąś Francję.

Ziobro także woła, że czas na nowe elity, nowych sędziów. Tylko że on woła, a ja widzę tych gwiazdorów wychodzących spod jego skrzydeł – wiceministra Piebiaka instruującego małą Emi, jak pisać donosy, albo sędziego Arkadiusza C. wysyłającego zdjęcia z przyrodzeniem na wierzchu. Tak się zdarzyło, że ziobrowa elita pokazała nieupudrowaną twarz. I pytań już nie mam.

4. Paweł Kukiz – konsument
Los Kukiza jest dość typowy dla polskiej polityki, więc wart refleksji. Po pierwsze, trafił do Sejmu VIII kadencji jako antysystemowiec, człowiek spoza partii, spoza układów, co tylko prawdę w oczy powie. Potem, już w Sejmie, klub mu się rozpadł, a on sam pokazał wszem wobec, że popyskować to, owszem, potrafi, ale w bardziej skomplikowanych sprawach się gubi.

Wydostał się jednak z tej toni – bo przyłączył się do PSL jako nóżka miejska i na zasadzie niósł ślepy kulawego wszedł znów do Sejmu. Już nie opowiada o JOW-ach, uspokoił się. Konsumuje burzliwą polityczną młodość antysystemowca. Kasuje tantiemy od wcześniej nagranych utworów.

ROZCZAROWANIA

1. Donald Tusk – sęp
Krąży jak sęp nad Polską. Tą pisowską. I co chwila – trach! – kąsa. O ataku na sądy mówi, że gdy władza chce je sobie podporządkować, to znaczy, że chce bezkarnie kraść. O smogu, że PiS woli sprowadzać węgiel z Rosji i truć polskie dzieci, niż wziąć kasę z Unii na czyste powietrze. I że to zdrada. A jeśli chodzi o Unię, to będzie wypierpol. Znaczy się, z PiS walczy po pisowsku.

Wcale mnie to nie zachwyca. Bo Polsce nie trzeba młodszej wersji Kaczyńskiego. Nie trzeba powtórki z meczu PO kontra PiS, tej ustawki. Już to przerabialiśmy, wiadomo, że nie warto.

Donald Tusk pięć lat spędził w Brukseli, zajmował się polityką na najwyższym szczeblu. Liczyłem, że da mu to sznyt, horyzonty, że jak wróci do kraju, to pokaże poziom. A on wrócił i zaraz skoczył do gardła Kaczyńskiemu. Żałosne.

2. Mateusz Morawiecki – Pinokio
Śmieją się z niego, że jest Pinokiem, a prawdę mówi, kiedy się pomyli. To nie najlepsza opinia dla premiera. Ale tak właśnie jest – jak wyliczyli dziennikarze, podczas exposé w Sejmie 32 razy użył słowa normalność, przekonując słuchających, że teraz będzie spokojnie, normalnie, raczej nudnawo, ciepła woda w kranie. I co? Nie minął miesiąc i mamy wojnę na całego, ustawę kagańcową w Sejmie i manifestacje pod Sejmem. To jest ta normalność?

Rok 2019 Morawiecki kończy mocno poobijany – niby jest premierem, ale rząd ułożył mu Kaczyński, wskazując konkretnych ludzi na konkretne ministerstwa. Wyszło, że wedle swojej woli mógł obsadzić jedynie Ministerstwo Finansów i Ministerstwo Sportu. I kawałek europejski wydarty z MSZ.

Taka to jego władza. Miał otwierać przed pisowską Polską Europę, przyciągać inwestycje, rozkręcać gospodarkę, uwodzić klasę średnią i biznes, a wszystko wychodzi inaczej, niewiele tu zrobił. I to jest pytanie dnia – nie zrobił, bo nie mógł? Czy może nie zrobił, bo nie chce, bo jest zwykłym żołnierzem PiS, a inne opowieści to blaga?

3. Piotr Gliński – instruktor
Minister od kultury. Dostał zadanie zbudowania nowych elit, pisowskich, i je wypełnia. Z wiarą i zapałem. Jak ktoś nie wierzy, niech spojrzy, komu zabiera, a kogo dotuje, na co przeznacza pieniądze. Inżynier dusz!

Sęk w tym, że Gliński zadanie wykonuje kanciasto, nie jak profesor, tylko jak prosty instruktor kultury z powiatu. O książkach Olgi Tokarczuk, której PiS nie znosi, mówił wyniośle, że nie przeczytał żadnej. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem”, tokował. Co myślał, gdy takie rzeczy wygadywał? Że daje jej klapsa, on, wielki dygnitarz? Że zapunktuje u innych pisowców? W innym wywiadzie mówił: „Dobrze by było, żeby była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”. Oto ważny towarzysz, który tłumaczy pisarzom, jak pisać, inżynierom, jak projektować, a rolnikom, jak sadzić ziemniaki.

Przypadek Piotra Glińskiego, profesora z dorobkiem, prezesa Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, jest empirycznym dowodem na to, że polityka potrafi ogłupić, odebrać luz i radość życia. Poza tym trzeba mieć do niej talent, wyczucie, a nie tylko ochotę.

4. Abp Marek Jędraszewski – rycerz antytęczowy
Człowiek roku prawicowych mediów, walczy z szatanem, to znaczy z LGBT, ciska gromy i wzywa do boju. „Czerwona zaraza już nie chodzi po naszej ziemi, ale pojawiła się nowa, neomarksistowska, chcąca opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie czerwona, ale tęczowa” – takie mądrości wygłasza.

Jest w tym wszystkim jakieś signum temporis. Kraków miał przez lata szczęście do swoich hierarchów. Sapieha, Wojtyła, Macharski to były postacie, które określały pozycję Kościoła. Nie tylko w Krakowie – w całej Polsce. I w tym sensie tak naprawdę niewiele się zmieniło – bo Kościół ma teraz twarz i horyzonty Marka Jędraszewskiego.

NADZIEJE

1. Olga Tokarczuk – wolna Polska
Jaka może być z Olgi Tokarczuk nadzieja? A bardzo prosta – dla inteligenckiej części Polaków jest pokrzepieniem serc. Widzimy Olgę Tokarczuk przyjmującą Nagrodę Nobla, najważniejszą nagrodę literacką na świecie; widzimy ją fetowaną, a i słuchaną, gdy wygłasza swój wykład; widzimy ją na spotkaniu ze szwedzką minister kultury, obie roześmiane, identyczne dredy na głowach, i już wiemy, że jesteśmy w Europie, że PiS nic do tego.

I śmiejemy się z prawicy, która nie wie, jak się zachować, żeby wartość Nobla pomniejszyć, schować gdzieś ten sukces. Znów jest władza i jest naród. I ta władza, zaciskając zęby, musi zrobić coś, czego nie chce – gratulować sukcesu Oldze Tokarczuk, która jest weganką, chodzi na manifestacje KOD, LGBT i parasolek, prosi, żeby głosować za demokracją, a przede wszystkim pisze tak, że jej książki siedzą w głowie miesiącami.

Mamy Polskę pisowską, prawicową, i mamy wolną Polskę. Teraz właśnie ta wolna Polska tej pisowskiej dała prztyczka w nos.

2. Magdalena Filiks z PO i Anita Sowińska z Lewicy – konstytucja
Wpisałem je dwie, obok siebie, nieprzypadkowo. Uważni obserwatorzy życia publicznego na pewno je zapamiętali z transmisji ślubowania posłów IX kadencji. Magdalena Filiks ubrana była w T-shirt z napisem konstytucja, Anita Sowińska rozwinęła szalik z takimi samymi słowami.

Obie są w Sejmie debiutantkami, ale nie przypadkowymi. Magda Filiks to założycielka KOD, liderowała organizacji w Szczecinie, a ostatnio, do wyborów, w całej Polsce. Anita Sowińska też zaczynała w KOD, potem zaangażowała się w Wiosnę Roberta Biedronia. Komitet Obrony Demokracji, ruchy obywatelskie, ruchy protestu – to stąd się wywodzą. A jak sobie poradzą w wielkiej polityce? Nie wiem, to oczywiste. Za to wiem, że jeżeli polityka ma mieć sens, właśnie takie osoby muszą do niej trafiać – z ulicznych manifestacji, z protestów, ideowe i pełne zapału. To jest ta świeża krew.

3. Tomasz Sekielski – rozwalił system
Z bratem Markiem nakręcił film dokumentalny „Tylko nie mów nikomu”. O pedofilii w Kościele i bezkarności księży wykorzystujących dzieci. Film umieścili na YouTubie i w ciągu ośmiu dni miał on 20 mln odsłon. Jest moc?

Sekielscy zapowiadają ciąg dalszy – teraz chcą nakręcić dokument, który pokaże, jak prokuratura „skręcała” sprawy molestowania, jak księży pedofilów chroniono. Grzechy Kościoła, grzechy państwa, nieprawości, to, co było skrywane, ma zostać wyciągnięte na światło dzienne.

Tak oto dwóch dziennikarzy, bez pieniędzy, poza strukturami, rozwala system.

4. Adam Bodnar – RPO reaktywacja
Ktoś mógłby zapytać, czy ma sens pisanie o rzeczniku, którego kadencja kończy się jesienią 2020 r., jako o nadziei. Odpowiadam: ma. Adam Bodnar nie jest zwykłym rzecznikiem praw obywatelskich. Jeżeli popatrzymy, jak tę funkcję pełnili jego poprzednicy i poprzedniczki, to wyraźnie widać różnicę. Za czasów Adama Bodnara urząd rzecznika stał się ważny, aktywny, wychodzący do obywateli, przyciągający organizacje praw człowieka. Ku rozpaczy prawicy, która widzi w jego działaniach lewicową narrację.

Pierwsza była Ewa Łętowska, która zdefiniowała rolę rzecznika praw obywatelskich, pokazała, jak ten urząd powinien w państwie funkcjonować. I poszło. Bodnar jest tym drugim, daje RPO drugi oddech, plasuje w systemie państwa XXI w. Nawet gdy odejdzie – efekty jego pracy zostaną.

5. Krzysztof Parchimowicz – cierń
Prokurator, kieruje stowarzyszeniem prokuratorów Lex Super Omnia. Sprzeciwia się Ziobrze, więc ponosi konsekwencje. Przenoszą go z jednej prokuratury do drugiej, atakują postępowaniami dyscyplinarnymi, jest tu rekordzistą, ma ich siedem albo osiem. I trwa. I to jak!

„Zacząłem pracować w prokuraturze w 1984 r. Widziałem prokuratorów, którzy po weryfikacji w 1990 r. tracili pracę, gdyż wcześniej bezkrytycznie podchodzili do poleceń przełożonych”, ostrzega kolegów prokuratorów. A na pikietach w obronie sądów woła: „Obywatele mają prawo do rzetelnego, uczciwego procesu. Prawnicy, sędziowie, prokuratorzy mają prawo do godnego wykonywania zawodu. Tutaj »godnego« oznacza bez prób zastraszania i przekupstwa. A tak, niestety, ostatnio się w prokuraturze dzieje”.

Czy mając taki cierń, może Ziobro chwycić prokuraturę i sądy za twarz? Parchimowicz nie jest głosem całego środowiska prokuratorów, ale na pewno znacznej jego części, tych aktywniejszych i odważniejszych. To wystarczy. Bo pozostali wiedzą, że nie są sam na sam z Ziobrą. I że ktoś z boku patrzy im na ręce.

Fot. Krzysztof Żuczkowski, PAP/Leszek Szymański, Łukasz Szeląg/REPORTER, Karolina Misztal/REPORTER, Jakub Kamiński/East News, Karol Makurat/REPORTER

Wydanie: 1/2020

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy